Moralność świecka – Ks. Kazimierz Naskrecki, Dekalog, Krotkie Nauki o Przykazaniach, Warszawa 1937

Spis tematów – klik.


„Nie może… drzewo złe owoców dobrych rodzić”. (Mt. 7, 18)

            Najmilsi, gdyby wam kto, wskazując złociste łany pięknego zboża, jął dowodzić, że one tak same z ziemi wyrosły bez uprzedniego zasiewu, sądzę, iż ta zbyt jawna niedorzeczność wywołałaby na obliczu waszem uśmiech politowania.

            Wiecie to dobrze, iż ze wszystkich ziemianina czynności,  przy uprawie roli podejmowanych, najważniejszą jest posiew ziarna: bez ziarna, jako przyczyny, niema kłosa, jako skutku.

            Podobnież się ma sprawa z moralnością i wiarą.

            Napróżno niereligijni ludzie głoszą, że zbyteczną jest wiara, byle tylko postępować zgodnie z moralnemi zasadami; taka bowiem moralność, bez wierzeń, czysto świecka, jest zamkiem na lodzie; bez ziarna chrześcijańskiej wiary niema chlubnego kłosu prawdziwej moralności. Ta prawda będzie też przedmiotem dzisiejszej nauki.

I.

            W życiu naszem moralnem, aby mógł panować pewien porządek, aby kierowały niem pewne zasady, niezbędne są dwa warunki; mianowicie: światło i moc. Światło, któreby wskazywało, co jest naszym obowiązkiem; i moc, która zniewala wolę, aby zechciała poznany obowiązek wykonać. Otóż, jeśli tylko na krok się oddalimy od wiary, zabraknie jednego i drugiego.

            1) A więc najpierw zabraknie potrzebnego światła. Bo skądże moralność czysto świecka ma wziąć światło? Skąd ma zaczerpnąć tej nomy niezłomnej, do której powinniśmy zastosować swą wolę? Tem światłem musiałby być tylko rozum ludzki.

            a) Lecz, gdyby tak było, to prawdy moralne stałyby się udziałem niektórych tylko jednostek wybranych, i to bardzo nielicznych, boby zdobyć się na nie mogli tylko ci którzyby wykształceniem swojem górowali nad innymi; a potem i ci niezliczeni wybrańcy, dopiero po długiej i żmudnej pracy, mogliby dojść do ich poznania; a wreszcie i w tym jeszcze wypadku trapiłyby ich różne niepewności, wątpliwości, tak, że zanimby się człowiek nauczył, jak ma na ziemi żyć, aby żyć dobrze, musiałby już o tem myśleć, jak ma umierać, aby umrzeć dobrze.

            b) A cóżby się stało z ludzkością, gdyby obowiązki jednostek wyłącznie były zależne od pojęć, które o nich każdy człowiek z osobna sobie wyrobił? Oto, jeżeli rozum jest jedynym, ostatecznym sędzią moralności, tedy rozum ma nietylko wykształcony, ma go i prostaczek, i ten nie zechce iść za zdaniem innego, ale swojem pojęciem będzie sądził.

            Cóż stąd wypłynie za rozmaitość sądów, co za rozmaitość zasad, jaka moralność? Ile mistrzów, tyle nauk, — co głowa — to rozum, a im więcej zakuta głowa, im słabszy rozum, tem więcej ma uporu i zaufania w sobie.

            A czego to rozum nie wytłumaczy, czego nie odrzuci, gdy będzie szło o własny interes, gdy namiętności w grę wejdą. Dwóch ludzi będzie miało dwie moralności, odmienne dziś, a jutro już każdy będzie różnił się od siebie samego.

            Wróciłyby tak czasy pierwotnego chaosu, i powoli ludzkość doszłaby do tego, że utraciłaby nawet samo pojęcie moralności.

            Stąd taką moralność, nie opartą na Boskiem Objawieniu, można nazwać bez ogródki „ślepą”; gdy tymczasem w chrześcijańskiej moralności, jako z Objawienia Boskiego płynącej, znajdujemy światło, które jest potrzebne do rozpoznania obowiązków każdego człowieka, na każdego stanowisku, w każdej trudności.

            2) Ale, przypuśćmy, że sam rozum wystarcza, aby pouczyć o obowiązkach naszych; — to i wówczas jeszcze moralnego porządku na nim zbudować nie można, bo brak będzie pobudek dość silnych, któreby zniewoliły naszą wolę do wypełnienia owych obowiązków.

            Otóż, kto przeczy istnieniu P. Boga, a przynajmniej nie uznaje zależności od Niego, tego zasady moralne są pozbawione wszelkiej mocy, a więc wszelkiej podstawy. Nic tu jej nie zastąpi.

            a) Nie zastąpi jej głos natury, sumienia, poczucie obowiązku.

            Wszak natura, jaką w sobie spostrzegamy, waha się między występkiem a cnotą; czujemy w sobie dwa głosy, z których jeden zachęca do rozkoszy, a drugi żąda ofiary, i cóż nas ma zmusić, abyśmy szli raczej za tym ostatnim surowym, a nie za pierwszym pobłażliwym?

            Sumienie zaś, jeżeli nie jest danym nam od Boga głosem (bo Boga niema), wówczas jest tylko dobrowolnem ograniczeniem woli, które człowiek sam na siebie wkłada, — i wtedy głos tego sumienia nie będzie wart więcej w oczach naszych, niż głos namiętności, i będzie musiał zamilknąć, gdy ten ostatni głośniej i gwałtowniej się odezwie.

            A poczucie obowiązku — to puste słowo. Bo jakiż to obowiązek, po za którym nie stoi nikt, aby zażądać z niego sprawy, — nikt aby ukarać, jeżeli się go nie wykona, a nagrodzić, jeśli się go wypełni?

            b) Powiadają niektórzy ateiści, że ich porządek moralny jest zapewniony tem samem, że istnieje władza państwowa, która stanowi prawa i pilnuje, aby były one zachowywane. A czyż to wystarczy? Któż nie wie, że prawodawstwo ludzkie — to pajęczyna, w której się wikła mucha, a bąk ją przebija i uchodzi bezkarnie? Prawa ludzkie wiążą ręce, ale nie wiążą serc, — kładą tamę, ale nie zatykają źródła. To też nie na długo potrafią utrzymać człowieka w karbach.

            c) Ale może honor, wrodzony człowiekowi, potrafi być dla niego tą mocą obowiązującą? Niestety! Honor w najlepszym razie zapobiegnie nadużyciom jawnym i głośnym ale czy jest w stanie zapobiec również występkom ukrytym i tajnym? A przecież myśli, uczucia, ten cały świat nieprzenikniony dla oka ludzkiego, — a widomy jednemu Bogu, — on to dopiero stanowi o wartości człowieka, tu rodzą się słowa i czyny, tu tkwią przekonania nasze.  A potem, czem jest właściwie ten honor, który każdy po swojemu tłumaczy? Przecież, rzecz tak potworna jak pojedynek, jak zaspokojenie swej zemsty, — uchodzi nieraz za sprawę honoru. Wreszcie, dość jest się przyjrzeć tym panom honorowym, lecz bez wiary, by się przekonać, że zbytnio nie obciążają się oni obowiązkami moralnemi. Ich kodeks moralny nie tylko że pomija wszystkie obowiązki czci, wdzięczności, posłuszeństwa względem Boga, ale się zwykle zredukowuje do dwóch tylko punktów: „Nie zabijaj i nie kradnij”. Kto nie kradnie i nie morduje, kto do stryczka i katorgi nie dorósł, ten u nich jest porządnym człowiekiem.

            Widzimy więc, że bez Boga — Prawodawcy, niepodobna znaleźć ani światła, któreby wskazało, co jest naszym obowiązkiem, ani mocy potrzebnej, któraby nas zmusiła do jego popełnienia; bez wiary niemasz moralności. Takich, którzy dowodzą, że moralność może być niezależną od religji, pewien myśliciel (Tołstoj) porównywa do dzieci, które wsadzają do ziemi kwiaty bez korzeni, łudząc się, że się przyjmą i dalej rozwijać będą.

II.

            Ale, ze strony niewierzących możemy usłyszeć zarzut: „co warta wiara wasza, kiedy ten i ów bezwyznaniowiec tysiąc razy jest lepszy od niejednego z katolików, wśród których widzimy łotrów i zbrodniarzy”. Otóż, niesłuszną jest rzeczą brać z katolickiego obozu wyrzutków, a spośród siebie najuczciwszych, i dopiero porównywać ujemny przykład z dodatnim. A tę odpowiedź tak dalej rozwija znany kaznodzieja, biskup Szlagowski.

            1) Weźmy najpierw dla porównania dwóch zbrodniarzy: jednego który wierzył po katolicku, i drugiego — pozbawionego wiary.

            Nie przeczę, że i pomiędzy ludźmi wierzącymi musimy ze smutkiem opłakiwać nie jedno wielkie zgorszenie, nie jeden głośny upadek. Ale niech świat, Kościołowi wrog nie zwala tego na wiarę św., która wszystkie te występki z całą energją potępia, — niech w tych upadkach i zgorszeniach pozna owoc swej pracy, skutek atmosfery przez siebie zatrutej. Pomijając to jednak, między grzesznikiem wierzącym i niewierzącym zachodzi różnica ogromna. Katolik, co ma jeszcze wiarę w sercu, zawsze Jest w stanie ze swgo zaślepienia się ocknąć, poprawić, stawić czoło namiętnością i zostać porządnym człowiekiem; ten zaś, który tej wiary nie posiada uczynić tego nie może, bo me ma środków, któreby mu dopomogły do powstania i powrotu na drogę cnoty.

            Niewierzący zbrodniarz, — to niepoprawny, bo on nie ma z czego się poprawić, karę uważa za niesprawiedliwą, jest nieugięty, cyniczny, okropny. Jeżeli go zechce nawrócić jaki bezwyznaniowiec to w imię czego będzie doń przemawiał? Chyba tylko w imię godności człowieka,; lecz zbrodniarz na to odpowie: „w tem właśnie widzę swą godność, że mi nikt nie rozkazuje, nikt mi zabraniać nie może, jestem niezależnym sędzią samego samego.”

             Inaczej się ma ze zbrodniarzem wierzącym; ten przychodzi do zastanowienia: — źle zrobił, ale on rozumie i czuje, że to złe, nie upiera się więc przy złem, zanim go przed sąd zawołają, sam sam siebie sądzi przed sobą, sam się oskarża przed Bogiem i Jego sługą, i karę przyjmuje z poddaniem i z przekonaniem, że ona jest słusznem zadośćuczynieniem za zbrodnie.

            Widziano nieraz zbrodniarzy, którzy z wiarą szli pod topór katowski, i śmierć przyjmowali z poddaniem się, aby tu Bogu i społeczeństwu zadośćuczynić, i wołali do Boga z łotrem w godzinę śmierci: Panie pomnij na mię”. (Łk. 23, 42).

            Oto potęga moralności chrześcijańskiej, która z wyrzutka społeczeństwa czyni sługę Bożego, i brudną duszę oczyszcza, upadłego podnosi, podłego uszlachetnia, zbrodniarza sprawiedliwym czyni.

            2) A teraz weźmy z kolei i porównajmy najuczciwszych z obozu katolików i niewierzących.

            Najuczciwszy bezwyznaniowiec (czy ateusz) to człowiek zwykłej, przeciętnej cnoty, który cudzego nie łaknie, rzetelnie ze wszystkimi wychodzi, honorowy w stosunkach ludzkich, litościwy, pracowity, jest on lepszy, niż głoszone przezeń zasady. A przypisać to należy głównie wychowaniu, które od chrześcijańskich przodków tradycyjnie potomstwu się przekazuje. Bo dziś, — jak zauważył pewien wielki myśliciel, — „na nauce Ewangelji bezwiednie opieramy nasze pojęcia moralne”, (Tołstoj – „Kreutzerowska sonata”).

            A najlepszy katolik? Otwórzmy tylko Martyrologjuro Kościoła Katolickiego, gdzie mamy niezliczone szeregi męczenników, wyznawców, panien i wdów: wybierajmy kto z nich lepszy, doskonalszy, świętszy. Jest tam bezinteresowność posunięta do porzucenia wszystkich dóbr ziemskich, jak to uczynił św. Franciszek Seraficki, św. Antoni, z naszych: św. Jacek, św. Salomea. Święty wspiera nędzarza nie tem, co mu zbywa, ale płaszcz własny, jedyny rozcina, jak św. Marcin, ale własne obuwie zdejmuje, ostatni grosz, ostatni bochenek oddaje, jak św. Jan-Kanty.  Miłosierdzie dla bliźnich posuwa aż do zaprzedania własnej wolności na okup więźniów, jak to uczynił św. Paulin, św. Wincenty. Święci czyści aż do ideału, w ciele jakby bez ciała: św. Kazimierz, św. Alojzy, św. Stanisław Kostka. Znajdziemy wśród nich ideał męża, ojca, brata, pana i sługi, władcy i żebraka; znajdziemy tam ideał żony, matki, dziewicy, pani i sługi, królowej, żebraczki. Porównywając świętych Pańskich z najlepszym z ateuszów, przekonamy się, że moralności te różnią się niebo od ziemi, bo jedna jest niebieska, a druga ziemska; Jedna Boża, druga — bezbożna. Chrystus Pan bowiem, kiedy na świat przychodził, chciał nie tego tylko, aby nas porządnymi uczynić; „i poganie to czynią” (M t. 5, 4~), powiada on sam o przywiązaniu do bliźnich, do przyjaciół, o wdzięczności czysto przyrodzonej. Lecz jak wiara przewyższa rozum, tak życie według jej zasad powinno przewyższać życie podług samego rozumu. Ale do tej wysokości człowiek nie potrafi się wznieść własnemi siłami, bez łaski, którą Chrystus zostawił dla niego w Sakramentach świętych.

            Bez udziału we Mszy św., bez korzystania ze spowiedzi, bez uczęszczania do Stołu Pańskiego, nie podobna zostać prawdziwie dobrym.

*

*                      *

Tak się przedstawia moralność czysto świecka wobec moralności chrześcijańskiej.

            Moralność świecka — to suchy wykaz rad i wskazówek, który nikogo nie przekona, nie zapali, w pokusie nie wesprze, w nieszczęściu nie pocieszy, w upadku me podniesie; taką była etyka filozofów pogańskich, którzy piękne zasady głosili, ale sami brzydkie mieli obyczaje.

            Moralność chrześcijańska — to przykazanie Boże, pełne życia i mocy, rozkazuje i wspiera; jednocześnie karze i broni winowajcę; nietylko dobrego w dobrem utrzyma, ale coraz go lepszym czyni, upadłego podnosi, w nieszczęściu pociesza; ona cuda działać potrafi: z rozpustnicy czyni pokutnicę, z krzywdziciela — hojnego dobroczyńcę, ze zbrodniarza — świętego. Gdzie oni? Magdalena, Zacheusz, łotr na krzyżu. To przed wiekami było, to po dziś dzień się powtarza. Gdzie zniknie wiara, tam niemasz cnoty prawdziwej. Tylko z wiary rodzi Się doskonałość, świętość.

            „Boże, daj nam taką wiarę, byśmy, na niej oparci, mogli osiągnąć prawdziwą cnotę”.

Amen.

Ks. Kazimierz Naskrecki, Dekalog Krotkie Nauki o Przykazaniach Warszawa 1937

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s