Nadzieja (istota i przymioty) – Ks. Kazimierz Naskrecki, Dekalog, Krotkie Nauki o Przykazaniach, Warszawa 1937

Spis tematów – klik.


„Bądźmy… obleczeni w pancerz wiary i miłości, i w przyłbicę nadziei zbawienia”. (1 Tess. 5, 8).

Bóg, stworzywszy człowieka, dawał mu w różnych epokach Swoje objawienie: najpierw przemawiał osobiście do prarodziców naszych w raju, potem przez Mojżesza i proroków do ludu wybranego, i wreszcie przez Syna Swego, który przyjął na Się ludzką naturę, i jest Nauczycielem wszystkich narodów.

Z objawienia tego dowiadujemy się z jednej strony, że celem naszym jest wieczna szczęśliwość w niebie, a z drugiej strony, że dzięki dobroci Bożej mamy zapewnione niezbędne ku temu pomoce; otóż wiara w jedno i drugie wytwarza w nas nadzieję, iż (mimo wielkiej naszej słabości i nędzy), nadprzyrodzony nasz cel osiągniemy. I Bóg chce, żebyśmy tę nadzieję w sobie żywili, stąd też nadzieja, (tak samo jak wiara), jest naszym, względem Boga obowiązkiem.

Poznajmy dziś: 1) na czem ona polega i 2) jakie winna posiadać przymioty.

I.

Mieć nadzieję jest to samo, co pragnąć jakiegoś dobra, oczekiwać go i spodziewać się, że się je posiędzie.

Wszak i w codziennej mowie używa się tego słowa, mówięc np.: mam nadzieję znaleźć miejsce, mieć radość, otrzymać nagrodę, co znaczy, że tego wszystkiego pragniecie, spodziewacie się i oczekujecie, ale nie będąc całkowicie tego pewnymi, gdyż tylu ludzi, i tyle rzeczy może stanąć w poprzek waszej nadziei.

Mieć nadzieję, w języku chrześcijańskim, jest to — pragnąć połączyć się z Bogiem w niebie, oczekiwać tego szczęścia i spodziewać się z pomocą Bożą je osiągnąć, ale tym razem jest to spodziewać się tego „z mocną ufnością” (jak to jest znaczone nawet w formule aktu nadziei). Tu już niema miejsca na „być może”, które stoi na końcu wszelkich oczekiwań, mających na względzie sprawy ziemskie, tu bowiem jest pewność, (jak to zobaczymy jaśniej, gdy będzie mowa o pierwszym przymiocie nadziei).

I czegóż to mamy spodziewać się od Boga? Przedmiotem chrześcijańskiej nadziei jest szczęśliwość wieczna, i środki, do jej osiągnięcia potrzebne.

a) Dla szczęścia Bóg ludzi stworzył i chce, aby ono stało się ich udziałem na wieki; dlatego to wszczepił w nasze dusze pragnienie dóbr nieśmiertelnych. A to szczęście ma głównie polegać na oglądaniu i posiadaniu Boga. „Jam jest zapłatą twą zbytnie wielką (1 Mojż. 15, 1), — tak mówił Bóg do Abrahama, tak też mówi do każdej wiernej Mu duszy.

A więc mamy się spodziewać otrzymać po śmierci nowe życie, życie bez końca, wobec którego obecne (choćby było najszczęśliwsze) przedstawia się jako noc wobec dnia.

Wówczas, wzamian bogactw tego świata, które są jako błoto, wzamian piękności ziemskiej, która zgnilizną się kończy, wzamian sławy ludzkiej, która jako dym odurza i ulata, czeka nas w niebie prawdziwe bogactwo, idealne piękno, chwała bez plamy, „Czego (bowiem) oko nie widziało, i ucho nie słyszało, i w serce człowieka nie wstąpiło, to nagotował Bóg tym, którzy Go miłują” (1 Kor. 2, 9).

Nie możemy na tej ziemi wszyscy ubiegać się o pewne wysokie godności, i nie okazać się przez to samo nierozumnymi i śmiesznymi; ale skoro mamy rozkaz Chrystusa: „Nie bójcie się, małe stado, albowiem się podobało Ojcu waszemu dać wam królestwo” (Łk. 12, 32), wszyscy możemy i powinniśmy dążyć do królowania w niebie, i żywić w sobie nadzieję na nie, wołając do Boga: „Tyś jest nadzieja moja, cząstka moja, w ziemi żyjących” (Ps. 141, 6).

b) Ale, jak czytamy w Piśmie św., do nieba „nie wnidzie nic nieczystego” (Obj. 21, 28), tam miejsce dla tych tylko, którzy są „świętymi we wszelkiem obcowaniu” (1 Piotr 1, 15).

Więc, żeby osiągnąć zbawienie, niezbędną jest, choć najniższego stopnia, świętość.

Ale jak ją zdobyć? Tu znowu przychodzi z pomocą nadzieja: „Kto chce celu, chce i środków” — mówi przysłowie, a nieco je zmieniając, powiem: „Kto celu (nieba) spodziewa się, ten i środków doń wiodących winien się spodziewać”. Bóg nam ofiarowuje niebo, i jednocześnie ofiarowuje On nam środki do jego zdobycia.

Te środki, jak i sam cel, są nam przez Boga obiecane, a więc mamy ich oczekiwać, powtarzając za psalmistą: „Pan da łaskę i chwałę” (Ps. 83, 12). Aby być świętym, trzeba unikać zła, strzec się grzechu, walczyć z pokusami; otóż, dusza winna się w tem spodziewać pomocy od Boga, bo ma Jego obietnicę: „Wierny jest Bóg, który… z pokuszeniem uczyni wyjście” (1 Kor. 10, 13).

Aby być świętym, trzeba czynić dobrze, ćwiczyć się w cnocie, wykonywać zasługujące na niebo uczynki; i w tem powinien człowiek rachować na wsparcie z góry, bo, — jak mówi św. Paweł: „Zdatność nasza z Boga jest” (2 Kor. 3, 5).

A, gdyby ktoś nawet i upadł ciężko, i tak świętość utracił, może jednak mieć nadzieję, że mu to Bóg przebaczy i do świętości go przywróci; i największy grzesznik, byleby wykonał warunki, pod którymi Bóg grzechy odpuszcza, winien (wedle zachęty Apostoła): „zbliżać się śmiało do tronu łaski, aby dostąpił zmiłowania” (Żyd. 4, 16).

c) Ale każdy człowiek ma jeszcze różne potrzeby, czysto ziemskie, potrzebuje zdrowia, utrzymania, pomyślności w swoich przedsięwzięciach, czy więc i tych rzeczy doczesnych możemy od Boga się spodziewać?

Owszem, możemy! „Albowiem, (jak mówi Zbawiciel) Ojciec nasz Niebieski wie, że tego wszystkiego potrzebujecie” (Mt. 6, 32). Zauważyć tu jednak muszę, że Bóg przyobiecał to tylko, co do zbawienia jest potrzebne; dlatego dobrodziejstw ziemskich możemy się od Boga spodziewać tylko warunkowo, o ileby one nie przeszkadzały naszemu zbawieniu, i w tym względzie winniśmy zaufać Bogu i Jemu samemu do uznania to zostawić, czy ma On nam dać to lub inne dobrodziejstwo, czy też nie, jak do tego nas wzywa książę Apostołów, Piotr św.: „Uniżajcież się pod mocną rękę Bożą… wszystko troskanie wasze składajcie Nań, gdyż ma pieczę o was” (1 Piotr 5, 6 — 7).

Taka nadzieja jest konieczną do zbawienia; gdybyśmy bowiem nie mieli nadziei na niebo, wówczas nie czynilibyśmy nic, co jest konieczne do jego osiągnięcia.

I, żebyśmy byli zdolni żywić w sobie chrześcijańską nadzieję, Bóg sam ją wlewa w duszę naszą, wraz z łaską uświęcającą, przy Chrzcie świętym.

II.

A teraz zobaczmy, jakie to przymioty ma posiadać nadzieja chrześcijańska?

1) Najpierw winna być mocną, stałą, niewzruszoną.

Bo któżto jest Ten, od którego się spodziewamy wiekuistej szczęśliwości i środków, do jej osiągnięcia niezbędnych? To Bóg wszystko mogący i nieskończenie dobry; to Stwórca, „który ponad wszelką miarę uczynić może więcej, niż my prosimy, albo rozumiemy” (Ef. 3, 20); to Ojciec najlepszy, który „da rzeczy dobre tym, którzy Go proszą” (Mt. 7, 11).

Prócz tego, te dobra, jakich od Boga się spodziewamy, przez niego samego zostały nam obiecane, jakżeż tedy mógłby On nas zawieść? Samo takie przypuszczenie byłoby bluźnierstwem. Skoro Bóg co przyobiecał, to tym Jego obietnicom z całą pewnością zaufać możemy.

To ludzie tylko wiele obiecują, a mało dotrzymują; „Nie jest (zaś) Bóg, jako człowiek, aby kłamał; ani jako syn człowieczy, aby się odmieniał” (4 Mojż. 23, 19); co rzekł, to uczyni; co mówił, to wypełni; „Jeśli my niewierni jesteśmy, On jednak pozostanie wiernym” (2 Tym. 2,13) i dotrzyma Swych przyrzeczeń: „Niebo i ziemia przeminą, ale słowa (Jego) nie przeminą” (Mt. 24, 35).

Wreszcie, posiadamy zadatek Boży do otrzymania najpierw łaski, a potem nieba, tym zadatkiem są zasługi Jezusa Chrystusa.

Zbawiciel bowiem, ofiarując za nas Swą krew Najświętszą, wysłużył nam, niejako zapłacił zgóry za wszystko, czego od Boga możemy się spodziewać. Dlatego, żegnając się z Apostołami po ostatniej wieczerzy, mówił do nich: „Ufajcie, Jam zwyciężył świat” (Jan, 16, 33); dlatego św. Paweł wyraża się o Nim, jako o najwyższej i nieomylnej podstawie „nadziei naszej” (1 Tym. 1,1); dlatego Kościół wszystkie swe modły kończy słowy: „Prosimy przez Pana naszego Jezusa Chrystusa”.

Mocną winna być nadzieja nasza jak ta skała nadbrzeżna, o którą rozbijają się morskie bałwany, iżby nietylko nie ustawała wśród przeciwności i utrapień, ale coraz bardziej się w tym ogniu doskonaliła. „Błogosławiony mąż, którego nadzieja jest Imię Pańskie” (Ps. 39, 5).

2) Przechodzę teraz do drugiego przymiotu chrześcijańskiej nadziei.

Zdziwi to może was, gdy powiem, że ma się ona łączyć z bojaźnią. To prawda, że Bóg nam wieczną szczęśliwość i niezbędne do jej osiągnięcia pomoce obiecał; ale prawdą jest też, że my musimy dopełniać pewnych warunków, jeżeli chcemy być uczestnikami obietnicy Bożej.

Musimy mianowicie mieć łaskę uświęcającą, i w niej wytrwać do końca. Tymczasem, bez szczególnego objawienia Bożego, nikt napewno wiedzieć nie może, czy się znajduje w stanie łaski (Ekkl. 9, 1), a tem mniej, czy do końca życia w tym stanie wytrwa. Bóg wprawdzie nie opuści nas nigdy pierwszy, lecz człowiek może każdej chwili Boga opuścić: „kto mniema, żeby stał, niech patrzy, aby nie upadł” (1 Kor. 10, 12).

I z tego powodu musi nadzieja nasza łączyć się z bojaźnią.

Powinniśmy mieć nadzieję, i to najmocniejszą, że dostąpimy zbawienia, bo obietnice Boże są nieomylne, ale musimy mieć i bojaźń, bo nie wiemy, czy z naszej strony wszystko, co do zbawienia potrzebne, spełnione.

Św. Izydor, pomimo wielu łask, od Boga otrzymanych, trapiony był wciąż niepokojem i smutkiem. Gdy go pytano o powód, odpowiadał: „Ten, kto ma proces, od którego zależy wielki majątek lub zupełna ruina, nie może się uspokoić, póki wyrok nie zostanie ogłoszony; ten, który oczekuje wspaniałego dziedzictwa, a grozi mu niebezpieczeństwo wydziedziczenia, nie może czuć się spokojnym, zanim we władanie nie wstąpi”. (Grenet: Grand Catechisme).

Bojaźń ta jednak nie powinna wcale osłabiać ufności, ale tylko ma ją powstrzymać, aby się w zuchwalstwo nie wyrodziła; podobnie jak ufnością łagodzi się bojaźń, aby zwątpienie i rozpacz duszą nie zawładnęły. Jak okręt żaglowy potrzebuje nie tylko wiatru, któryby go naprzód pędził, ale i balastu, któryby go ciągnął ku spodowi i od wywrócenia chronił, — tak samo dusza, żeglująca do Boga, potrzebuje obok wiatru nadziei, któryby ją popychał do dobrego, i ciężaru bojaźni, któryby ją zanurzył w morzu własnej nędzy i utrzymał w pokorze. Dlatego woła św. Paweł: „Z bojaźnią i ze drżeniem zbawienie wasze sprawujcie?” (Filip. 2, 12). W każdym razie ufność powinna górować nad bojaźnią, i dlatego tenże Apostoł, choć zalecał wiernym bojaźń, do ufności bardziej pobudzał.

Wreszcie, nadzieja chrześcijańska winna być skuteczną. Spodziewać się szczęśliwości w niebie, a nic nie robić, aby ją pozyskać, byłoby to nikczemnem zuchwalstwem. Nie zbawi nas Bóg bez nas. On każdej chwili gotów jest nas wspomóc, On nam ofiarowuje Swe łaski, ale my musimy z niemi współdziałać, współpracować. „Miej nadzieję w Panu — mówi psalmista — a czyń dobrze” (Ps. 36, 3).

Nadzieja tedy oczekuje od Boga nie całkowitego działania, po którem już nic nam nie pozostaje do roboty, lecz tylko spodziewa się pomocy, która ma dopełnić naszą niedostateczność i która przypuszcza naszą współpracę, jak o tem pięknie mówi św. Paweł: „Z łaski Bożej jestem tem, czem jestem: a łaska Jego… (we mnie) nie była próżną; alem więcej od nich wszystkich pracował; nie ja, lecz łaska Boża, która jest ze mną” (1 Kor. 15, 10). Takie bowiem jest ogólne prawo Opatrzności (tak w porządku natury, jak w porządku łaski), że człowiek wpierw powinien uczynić wszystko, co jest w jego mocy, a dopiero od Boga oczekiwać tych środków, których mu nie dostawa.

Nie miałby rolnik żniwa, gdyby cały rok siedział z założonemi rękoma, spuszczając się na Boga tylko; jeśli chce zbierać, winien przyłożyć się do tego własna pracą. Podobnież rzecz się ma ze zbawieniem: człowiek powinien się doń przykładać; powinien się oświecać, pracować, czuwać, modlić się, walczyć — a tak czyniąc wszystko co od niego zależy, może i powinien spodziewać się pomocy od Boga.

Dlatego też św. Ignacy Lojola dawał takie upomnienie: „pokładajmy ufność w Bogu niezachwianą, tak jakby wszystko od Niego tylko zależało; a ze swej strony używajmy wszelkich, będących w naszej mocy środków, tak jakby wszystko zależało od nas tylko”.

Po tem, co powiedziałem, zrozumiałem się staje katechizmowe określenie nadziei: nadzieja chrześcijańska jest to cnota, w serca nasze przez Boga wlana, która sprawia, że z mocną ufnością tego wszystkiego się spodziewamy, co nam Bóg, dla zasług Chrystusa Pana, przyobiecał.

*

*                      *

Przy Chrzcie św. otrzymaliśmy cnotę nadziei tylko w zarodku, przez całe zaś życie mamy się starać o jej wzrost. W tym celu:

1° rozważajmy wszechmoc, dobroć, wierność Bożą, zagłębiajmy się w Boże obietnice, zastanawiajmy się nad nieskończonemi zasługami Jezusa Chrystusa.

2° prośmy też Boga, by Swą łaską wzmacniał nadzieję naszą.

3” Wreszcie, ćwiczmy się w aktach nadziei; obudzajmy je w sobie, w tej lub innej formie, zwłaszcza gdy spada na nas jakie nieszczęście, gdy się gotujemy do Sakramentu pokuty, lub gdy napastuje nas pokusa rozpaczy, abyśmy z nadzieją w sercu mogli w końcu kiedyś umierać.

Aktem też nadziei kończę dzisiejszą naukę:

Boże!

Ufam Tobie, boś Ty wierny,

Wszechmogący, miłosierny.

Dasz mi grzechów odpuszczenie,

Łaskę, pomoc i zbawienie!

Amen.

Ks. Kazimierz Naskrecki, Dekalog Krotkie Nauki o Przykazaniach Warszawa 1937

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s