25 lutego, św. Martynian Pustelnik – Żywoty Świętych, Na Każdy Dzień Przez Cały Rok, Ks. Piotr Skarga

Żywot ś. Martyniana Pustelnika i o dwóch białogłowach, Zoi i Fotynie pisany od Symeona Metafrasta. — Żył około roku Pańskiego 415.

Niedaleko od Cezarei palestyńskiej góra jest, nazwana Locus arcae, przy której jest pustynia wielka, a w niej wiele ludzi Bożych, którzy się w szkole pokuty ś. i żywota doskonałego ćwiczą, między którymi był ten ś. Martynianus. Z młodości rozmiłował się w Panu Bogu, i będąc młodzieńcem w ośmnastu leciech, urodziwym a zdrowym, chcąc mieć miejsce wolne na obmyślanie rzeczy Boskich, opuszczając zabawy a niepokoje życia pospolitego, udał się na pustynię i mieszkał na niej przez dwadzieścia i pięć lat, żywot on anielski prowadząc. Uczcił go był P. Bóg i dary swemi na cudów czynienie, i wygnanie czartów, i uzdrawianie gorączek. I wsławiony u ludzi, gdy biegli do niego z kłopotami i nędzami swojemi, każdego z pociechą do domu odsyłał. Miewał często od czartów gabanie, z którymi nam jest wojna ustawiczna, acz więcej z takimi, którzy śmiele po nim depczą, i jawniej walkę wiedzie. Raz widomie do jego celi jako smok straszliwy przyszedł i obalić chciał komórkę jego, a on modlitwą zabawiony, a nic nie przestraszony, tak się z niego śmiał: prawyś wąż wężu, czołgać się tobie po ziemi jako bestji przystoi; aleś mnie nie ustraszył! Mając ja Pana mego Jezusa Chrystusa, z ciebie się śmieję i urągać ci będę wedle Psalmu: Oko moje wzgardzi nieprzyjacielem moim. Zniknął czart, ale uciekając, śmiechem onym jego rozgniewany grozić począł: Poczekaj, powiada, znajdę ja na ciebie inną siatkę, w której cię uwikłam, a nie przestanę, aż cię uniosę. Lecz on nie dbał na pogróżki nieprzyjacielskie, a chwalił Pana, obrońcę swego.

Przydało się iż o tym Świętym rozmowa była między kilku dobrymi ludźmi w mieście cezarejskiem; chwalili żywot jego i oną w młodych leciech i urodziwem ciele powściągliwość i inne cnoty. A wyrwawszy się jedna białogłowa, na imię Zoa, z naprawy szatańskiej rzecze: Co to chwalicie tego, co nigdy urodziwej a gładkiej niewiasty nie widząc, skrywszy się, tam siedzi jako bestja w lesie, nie mogąc cielesnym pożądliwościom między ludźmi wytrwać; niechby jedno mnie ujrzał, a ze mną gadał, prędkoby się serce jego jako wosk rozpuściło. A jeśliby tak był statecznym, dopierobych chwaliła prawą powściągliwość jego, gdyby się blisko ognia siedząc, nie sparzył. Ujrzycie, że się ja on pokuszę, a tego dowiodę co mówię. I pobiegła do domu i w nędzne się szaty zdarte ubrała, a piękny i drogi ubiór swój w tłomoczek wziąwszy, pobiegła do niego na pustynię. I skoro się zmierzchło, kołace do jego chałupki, wołając: Zmiłuj się, otom tu na pustyni zamierzchła; jeśli mnie nie wpuścisz, zwierz mię okrutny rozdrapie; nie pomnij, żem niewiasta, jedno żem stworzenie Boże i obraz Jego. Wyjrzy, a obaczy, iż obszarpana zmokła niewiasta; i wzruszony miłosierdziem, myśleć pocznie o jej i swojem niebezpieczeństwie. Jej idzie (myśli sobie) o cielesną, a mnie o duszną śmierć; boję się, abych skuszony nie był, a nie upadł. Lecz się Panu Bogu poruczywszy, a mówiąc on Psalm: W Tobie Panie nadzieję mam, niech pohańbion nie będę — otworzył jej, mówiąc: Oto masz ogień, osusz się, oto masz daktyle, posil się, a jutro rano wstań do drogi twojej. I dawszy jej daktyle, a ogień nanieciwszy, sam się w wewnętrznej komórce zamknął i modlitwy swoje odprawował.

Wtem począł czuć niepokoje złej żądzy w ciele swojem, bo już był czart do komórki jego wszedł, a zapalczywość cielesną w nim czynił srogą bardzo. Nim dzień przyszedł, ona niewiasta pięknie się ubrała, a one obszarpane szaty porzuciła. Rano wynijdzie, ujrzy ją ubraną, zdumieje się, i nie pozna jej. Nie rychło zdumiały wyrzecze: Coś zacz, a co to za djabelski na tobie ubiór? A ona słowy jedwabnemi powie: Jamci jest ta, com wczoraj przyszła, jestem z Cezarei miasta. Rzecze Martynianus: Wczorajeś była nędznica, a dziśeś harda i bogata? Odpowie: Słyszałam o twojej młodości i o tej dziwnej urodzie twojej, i pragnęłam cię widzieć, abych się ciebie napatrzyła, cóż to wżdy za posty wasze i za żywot wasz taki? A gdzież to w Piśmie, aby człowiek nie miał jeść i pić i w małżeństwie ś. żyć? A który z Proroków ś. żony nie miał? Wszak i Enoch on dziwny, który wzniesiony jest do raju, i Abraham, i Izaak, i Jakób, i Dawid, żony mieli i dziatki z nich, a w jakiej łasce byli Bożej? Boże, by my w takiej! Gdy to mówiła, miękczyła serce jego, i mdliła męskie i święte myśli jego, już go do piekła i grzechu prowadząc, tak iż już spytać śmiał, mówiąc: Jeślibych cię za żonę wziął, a skądbych ciebie i sam siebie żywił? Jam człowiek, widzisz, ubogi. Ona rzecze: Mam ja wielką majętność i imienie niemałe, i sług dosyć. Ty tem władnąć i panować będziesz, jedno mi przyzwól, bom jest bardzo twoją urodą zdjęta. Tak on nędzny czartu się zwieść dał, i o grzechu już z nią mówić począł. I rzecze jej: Poczekaj, wynijdę trochę, jeśli kto nie idzie do mnie po błogosławieństwo, aby nas nie naszedł; jeśli się przed P. Bogiem zataić nie możewa, wżdy przed łudźmy się skryjmy.

Wynijdzie ś. Martynian, i wlezie na wysoką skałę patrzeć ze wszystkich stron, jeśli kto nie idzie. A tymczasem łaskawy Bóg, który nie zapomniał pracy jego żywota przeszłego i strudzenia onego z młodości, wedle Pisma podjął rękę jego, i poślizgnioną jego nogę podparł, i lecącego do zguby wiecznej ręką swoją uchwycił, dając mu myśli i serce inaksze. Bo schodząc z onej skały, wejrzy w niebo, i uderzy się w piersi i rzecze sam do siebie: co chcesz czynić, nędzny robaku? Z Bogiem wojnę zaczniesz, jego łaskę stracisz, piekło zyskasz, a czartu, z którymeś do tego czasu walczył, pociechę nad zgubą swoją dasz. I pocznie srodze rzewno płakać, żałując iż się już przyzwoleniem pomazał. I narzekając na chytrości szatańskie, rzecze Poczekaj, znajdę ja też na ciebie czarcie działo jedno, którem ci głowę zbiję. Twoim cię mieczem bić będę, i twoje kule na ciebie obrócę. I zszedłszy ze skały, chrustu suchego nazbierał i podniósł; a przyszedłszy do celi swej, wielki ogień naniecił, i przezeń skakać i po nim deptać począwszy, okrutnie siebie i nogi swoje popalił, i wołał sam na siebie: a cóż ci się dzieje, Martynianie, a gorącoć? Jeśli ten płomień wycierpisz, do tej się niewiasty przybliżysz, bo ta tobie i djabeł przez nią, nie taki, ale on piekielny ogień niesie; ten ogień wodą ugasisz, ale onego nigdy na wieki. A jeśli tego wycierpieć nie możesz, a piekielny jako wytrwasz? I poparzywszy się i spaliwszy raz, jeszcze drugi raz powtórzył, tak iż wyszedłszy z ognia, upadł na ziemię i na nogi postąpić nie mógł.

Tedy leżąc, z serca prawego wołać począł z wielkim płaczem: Odpuść Panie złe przyzwolenie serca mego; Ty wiesz,  iżem się z młodości Tobie uprzejmie, i czystość moją, ofiarować chciał, i teraz dlatego w ten ogień wnijśćem wolał. Potem Psalm on zaczął: Jako dobry jest Bóg izraelski tym, którzy są prawego serca; a moje nogi poślizgnęły się, i chodzenie moje już się było zachwiało. Gdy ten Psalm kończy, niewiasta ona na to patrząc, użali się go wielce i wspomni na zły a niepobożny żywot swój, i zdjąwszy szaty one piękne swoje, a one żebracze wdziawszy, wrzuci je w ogień on i spali. I przepraszać Martyniana poczęła, obiecując też swoje prawe ku Panu Bogu nawrócenie, a iż dalej w dom swój iść, ani się nazad wrócić nie miała. I polecając się jego modlitwie, mówiła: Mógłci mię na ciebie czart naprawić, ale ja też nań naprawię Pana mego Jezusa Chrystusa, który mię wspomoże, iż srogą ode mnie hańbę odniesie. Wszak Pan nasz wszetecznicę przyjął, a dał jej powstanie, mam wielką nadzieję, iż i mię przyjmie a da mi zwycięstwo nad nieprzyjaciółmi moimi; a to mówiąc, wielkie łzy wylewała i płakała. A ś. Martynian rzecze: Odpuść ci Boże, idź w pokoju, a rób już mocno na zbawienie swoje. Rzecze ona: Daj mi radę, gdzie się mam obrócić, do domu już nie pójdę. A on jej kazał iść do Jeruzalem i do Betlejem, do Pauliny dziewicy w klasztorze panieńskim, ażeby to wszystko powiedziała, co i jako się stało. Upominał ją, aby się nazad nie obracała, jako żona Lotowa; a ona obiecując stateczność, z błogosławieństwem jego poszła, drogi swoje łzami polewając, a rozmyślając sobie dziwną sprawę Bożą i nawrócenie swoje, i on tak dziwny przykład ś. Martyniana. Przyjęta do klasztoru od Pauliny ś., bardzo była w pokucie gorącą, tak iż jej ś. Paulina mówiła: Nie trudź tak bardzo ciała swego, żebyś do końca wytrwać mogła. I dwanaście lat w pokucie i w klasztorze strawiwszy, dobrze żywota swego dokonała. Nigdy wina nie piła, ani z olejem nie jadła, ani żadnych jagód, jedno chleb a wodę, i to pod miarą wieczór, a drugdy trzeciego dnia. I cudami a wygnaniem czartów była wsławiona od Boga.

Święty Martynian zaś zleczony po siedmiu miesiącach, począł sobie rozważać: będęli tu na teim miejscu, bezpieczny być nie mogę; szukać mi trzeba tak zakrytego miejsca, żeby tam białogłowa dojść nie mogła. I polecając się Panu Bogu, mówił: Panie, Ty zgubę grzesznego nierad widzisz, ukaż mi jakie bezpieczniejsze miejsce, abych nakoniec nie zginął. Ty znasz słabość moją, bądźże mi obroną, i wodzem, i chlebem, i żywnością moją. Tedy wyszedł z celi i bieżał ku morzu. A czart śmiać się z niego i wołać począł: Widzisz, iż moje na wierzchu; otom cię już z tej chałupki wygnał, i ciałom twoje spalił, i byłeś raz już w mojej mocy, — znajdę cię i tam, gdzie idziesz, i wypędzę cię stamtąd, a nie przestanę, aż cię uniosę i stracę. A Święty mu rzekł: Nędzniku, co twoja za moc — mniemasz, abyś ty mię z tej chałupki wygnał, albo żebych się ja w niej stęsknił? Idę, abych szyję twoją starł, a większą tobie hańbę uczynił; i na pierwszej i na wtórej wojnie — coś wygrał? Naczynie to, któreś na mnie był nagotował, ofiarowałem P. Bogu, iż cię i ona jako psa śmierdzącego wzgardziła, teraz i cienia się jej boisz. Przyjdź jeszcze trzeci raz, dam ci się znać! Tak czarta odprawił, a sam śpiewać w drodze Psalm począł: Niech powstanie Bóg, a rozproszą się nieprzyjaciele Jego — i dalej, jako jest pisano.

Przyjdzie ś. Martynian nad morze, i ujrzy jednego rybitwa i spyta go, jeśliby o jakim małym ostrowie na morzu nie wiedział, na którymby nikł nie mieszkał. Chciałbym się ukraść od próżnego świata, powiada, a miejsca spokojnego nie mam na uwiarowanie złego. Rzecze rybołów: Jest tam skała jedna mała, ale wysoka i straszliwa, i nie blisko od ziemi, ba, i ziemi z niej nie dojrzy. Odpowie Święty: Takiej mi trzeba, zwłaszcza gdzieby białogłowa przyjść nie mogła. Rzecze mu rybołów: A czemże tam żyw będziesz? Odpowie: Uczyniwa zmowę dobrą — ty mię żywić będziesz, a ja za ciebie prosić będę Pana Boga; będę też robił koszyki z liścia palmowego, siedząc na skale, którego mi przywieziesz; one ty sprzedawać, a żywić mię będziesz, dwa albo trzykroć do roku chleba mi i wody przywieziesz. Widząc rybołów, iż człowiek duchowny, bardzo mu rad wszystko obiecał; i dowiózł go na ono miejsce, któremu był bardzo rad ś. Martynian, iż było wedle myśli jego, i błogosławiwszy swemu dobrodziejowi, śpiewał sobie on Psalm: Czekając, doczekałem się Pana, i postawił na skale nogi moje. Pytał go też on rybołów, jeśliby chciał mieć jakie drzewko na uczynienie chałupki? A on nie chciał, ale tak na słońcu i na zimnie siedział we dnie i w nocy. Lecz i tam mu czart spokoju nie dał. Raz w nocy poburzył morze, iż mniemał ś. Martynian, że piętnaście łokci woda była nad jego głową. I wołał czart: Już cię zatopię Martynianie. A on mu bezpiecznie odpowiadał: Nędzniku bez mocy, ja się twoich obłudności i strachów nie boję; mam nadzieję w Panu moim Jezusie, iż cię do końca pokonam. I począł śpiewać on Psalm: Zbaw mię Panie, bo przyszły wody na duszę moją, uwiązłem w błocie głębokiem i w bezdnie, przyszedłem na głębokość morską, etc. Skończywszy Psalm, prosił Pana Boga, mówiąc: Panie, wysłuchaj mnie, a pohańbij nieprzyjaciela mojego, który tę wodę przywiódł na mnie. I wnet wszystko ucichło, a czart z hańbą zniknął. I siedział sześć lat na skale onej, wszystko cierpiąc dla zbawienia swego.

Jeszcze się kusił on nieprzyjaciel taką drogą. Na morzu rozbił z ludźmi okręt, w którym było białogłów wiele. Wszystkie potonęły, tylko jedna, ze wszystkich najcudniejsza, deski się uchwyciła i pływała po morzu. I wiatr ją przypędził do onej skały, gdzie był ś. Martynianus, której się rękoma uchwyciwszy, wołała dla Pana Boga pomocy od Świętego, którego już na skale w górze widzieć mogła. Nie daj mi zginąć, wołała, dobry mężu, boć innej pomocy nie mam, a jużem bardzo zemdlała. Widząc to, Święty, iż inaczej ujść śmierci nie mogła, jedno przez pomoc jego, uśmiechnąwszy się, rzekł: I to twoje sidła, szatanie, przedsię pociechy nade mną mieć nie będziesz. A rozmyślając się, iż ta w większej jest potrzebie, niźli ona pierwsza niewiasta na ziemi, a jeśli ją opuszczę (myśli sobie), Bóg mię na sądzie swym karać będzie; jeśli ją też tu do siebie przyjmę, sam się o upadek z nią boję. I zawoławszy do P. Boga, mówił: Panie, Tyś mnie sprawował od młodości mojej — nie daj mi upadać, a uczyń to, co jest zbawienne duszy mojej. I ściągnął jej rękę i wywlókł z wody. A widząc, iż bardzo piękna i młoda, rzekł jej: Słoma z ogniem trudno się zgodzić ma, być tu oboje nie możem, bo czart mię sidlić chce, ale dali Bóg, nie wygra. Zostań tu córko, a nic się nie bój, jedz to, co dla mnie P. Bóg zgotował; za dwa miesiące przyjdzie tu rybołów jeden, powiesz mu co się stało, a z nim do domu jechać możesz. A sam się przeżegnawszy krzyżem ś., rzekł do P. Boga: Panie, i morze Tobie służy, zmiłuj się, a nie daj mi w tem morzu zginąć; Tobie dufając, puszczani się na tę wielką wodę w imię Twoje, a jeśli nie raczysz mnie wybawić, wolę nieopatrznie umrzeć, niźli zgrzeszyć przed Tobą. To mówiąc, wskoczył w morze, a dwie ryby morskie, delfiny, z rozkazania i z zrządzenia Bożego wzięły go na grzbiety swoje i na brzeg wyniosły. Patrzała za nim panienka ona, póki się jej nie zoczył, Pana Boga zań prosząc, iż dla niej tak umierał jej dobrodziej. A on przebywszy morze, i znając cud, który z nim jako z Jonaszem uczynił Pan Bóg, wielkie dzięki Jego opatrzności czynił, iż tych nie zapomina, którzy Jemu dufają. A za ono wielkie zwycięstwo nad czartem śpiewał Psalm: Pan inną rządzi, a na żadnej mi rzeczy nie zejdzie; na miejscu pastwiska postawił mię, etc.

I rozmyślając, gdzie się miał dalej obrócić, wspomniał sobie na naukę ewangelji ś. Gdy was w jednem mieście prześladować będą, uciekajcie do drugiego; zaprawdę wam powiadam, nie skończycie miast izraelskich. I rzecze sobie: uciekaj Martynianie, uciekaj mnichu, aby cię pokusa nie ogarnęła. I tak od miasta do miasta biegając, skończył żywot swój, nigdy z sobą nie mając ani pieniędzy, ani kalety, ani dwóch sukien. Ale się pytał po wsiach i po miastach o dobrych ludzi, i tam znalazł co jeść i pić. Przez dwa lata tak biegając, obszedł sto sześćdziesiąt i cztery miasta. Ostatnie w Atenach, kazawszy sobie przyzwać biskupa i wziąwszy chrześcijańskie około śmierci zachowania, umarł, i szczęśliwie wieku swego dokonał — prawie wielki człowiek i dziwnej cierpliwości, jako męczennik sam nad sobą, którego się modlitwie pilnie grzeszni polecamy.

A z oną panną co się stało, chciej posłuchać. Pomogła jej modlitwa Martynianowa, iż się tam na skale w P. Bogu rozmiłowała, i on sobie żywot w czystem ciele i spokojnej duszy ulubiła, żywot też swój, który z potopu wyniosła, gdy inni wszyscy potonęli, P. Bogu ofiarując. Gdy on rybołów do niej przyjechał, ledwie go zastraszonego do siebie przyzwała, i powiedziała mu, co się stało. I rzecze jej: Wsiadaj, samże cię odwiozę, a pójdziesz tam, skąd jesteś. A ona rzekła: Proszę, nie bierz mnie ze skały tej, ale czyń nade mną to miłosierdzie, któreś czynić miał nad onym sługą Bożym. Idź a przynieś mi czapkę i suknię męską, a ja tobie szaty niewieście dam; opatrz mię też chlebem i wodą, chcę tu zbawieniu też swemu posłużyć. A proszę cię, przywiedź do mnie żonę swoją, żebych się z nią rozmówiła o kądzieli i robocie, a Bóg tobie da za to miłosierdzie nade mną grzechów twych odpuszczenie, i będziesz miał ufność przed sądem Bożym. Obiecał jej uczynić wszystko on żeglarz. I uczynił, widząc tak nabożną panienkę; przywiódł do niej żonę swoją, która ją oblokła w męskie szaty. I prosiła ją panna, aby jej dała przędziwa do roboty, żeby jej chleba darmo nie jadła. Co trzy miesiące przyjeżdżał do niej on żeglarz z żoną, nosząc jej obrok, a ona mu robotę oddawała. Kochała się ona panna, im dalej tem więcej, w służbie Bożej i w pokoju onym. We dnie dwanaściekroć, a w nocy dwadzieścia i czterykroć modlitwy czyniła. I tak skończyła żywot swój. Gdy do skały przyszła, miała lat dwadzieścia i pięć, a na skale żyła lat sześć; imię jej było Fotyna. Przyjechał on rybołów, znalazł ją z pięknie złożonemi członkami już umarłą, i z wielką czcią wiózł do Cezarei, biskupowi oznajmując, gdzie na miejscu zacnem pogrzebiona jest. Na cześć Panu Bogu, który żyje i króluje na wieki. Amen.

Obrok duchowny

1. Lepiej od powabu i przyczyny grzechów uciekać, niźli męstwa w niebezpieczeństwie doświadczać, zwłaszcza w tym cielesnym grzechu, z którym trudno wręcz walczyć, bo się rychlej samem uciekaniem pokonywa, a nigdy, póki człowiek żyw, bezpieczności nie daje. Piszą o niejakim Arsenjusie pustelniku, iż się strzegł bardzo rozmów i widzenia białogłów. I czasu jednego jedna zacna niewiasta, świątobliwości się jego dziwując, widzieć go chciała, i zprędka go naszła, a on wnet oczy spuściwszy, karać słowami począł jej bezpieczność i śmiałość. A ona go przepraszała, mówiąc: Proszę, odpuść mi, bom ci to dobrem sercem uczyniła, a módl się Panu Bogu za mnie. A on rzekł: Modlić się będę i bardzo, abych na ciebie nigdy nie wspomniał. Nauczając nas, gdy się nam trafi niewiasty widzieć, abyśmy osób i urody ich na myśli nie nosili.

2. A iż ten wolał na morze się raczej puścić, a niźli z niewiastą zostać, a czystość swoją i duszę w niebezpieczeństwie zostawić, nie dziwuj się temu. Jako kto z wojska ucieka, żadnej się śmierci, chociaż daleko sroższej, nie boi, jedno onej, której się naprzód przeląkł tak kto się sądów Bożych, piekła i srogiego potępienia przelęknie, żadna mu śmierć świecka straszna nie jest. Acz to ten Święty uczynił z osobnego objawienia Bożego, ufając Bogu, iż wypłynąć cudownie, a czarta, który go tak kusił, pohańbić miał, nie godzi się nikomu dla uwiarowania grzechów śmierci samemu sobie zadawać, bo wolna wola ludzka niczem być zniewolona do grzechu nie może, jeśli sama nie chce. Acz się na swoją słabość oglądając, łaski Bożej i pomocy szukać pilnie mamy. O czem Augustyn ś. tak mówi: Byśmy się dla grzechów uwiarowania zabijać mieli, toby najlepiej po chrzcie, gdzie już wszystkie odpuszczone są, śmierć sobie zadać, coby było wielkie szaleństwo i głupstwo, i przestąpienie przykazania Bożego, który zabijać nie kazał, ani samego siebie, ani drugiego.

3. Rozmaite są dary Boże. Jedni, jakoś już czytał o kilku ich, z żonami własnemi mieszkając, czystość zachowali (jako i o tym ś. Juljanie następnie czytać będziesz) i między ludźmi niepokalanymi zostawali i zostają. A ten Święty tak przed niewiastami ucieka, dlatego, iż czuł, że tego daru nie miał od Boga, który mieli ci drudzy, bo był już doznał swego niebezpieczeństwa. Jednemu Pan Bóg dał to, drugiemu owo, wedle powołania i stanu, na którym kogo mieć chce. Pustelnikom tego nie daje, a tym, którzy około zbawienia ludzkiego robią i między ludźmi żyć muszą, daje, wszakże za pracą, strażą i pilnością, jako i inne wszystko.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s