Pius XII, Humani Generis – O błędach przeciwnych Wierze katolickiej

Encyklika Jego Świątobliwości Piusa XII z Opatrzności Bożej papieża

 „Przegląd Powszechny” rok LXVIII, tom 231, styczeń – czerwiec 1951, Warszawa

WSTĘP

BŁĘDY DOKTRYNALNE POZA KOŚCIOŁEM ORAZ ICH WPŁYW NA PEWNE KOŁA KATOLICKICH MYŚLICIELI

I. ZAMIESZANIE POJĘĆ POZA KOŚCIOŁEM

Niezgoda panująca wśród rodzaju ludzkiego w religijnej i moralnej dziedzinie oraz poważne w tej mierze odchylenia od prawdy, były zawsze wszystkim zacnym umysłom, osobliwie zaś wiernym i szczerym synom Kościoła, źródłem i powodem wielkiego bólu. Ból ten daje się odczuć zwłaszcza dzisiaj, gdy przychodzi patrzeć na napaści, kierowane zewsząd na same podstawy kultury chrześcijańskiej.

  1. Rozum wobec religii w ogóle wziętej

Nie ma w tym nic dziwnego, że taka niezgoda i taki rozbrat z prawdą zawsze miały miejsce poza owczarnią Chrystusową. Jakkolwiek bowiem umysł ludzki o własnych siłach i światłach, zasadniczo może osiągnąć prawdziwe i pewne poznanie, tak jedynego osobowego Boga, który opatrznością swoją nad światem czuwa i nim rządzi, jak i przyrodzonego prawa, które Stwórca na sercach naszych wyraził, skuteczne i owocne wyzyskanie rozumem wrodzonych tych zdolności natrafia w praktyce na liczne przeszkody. Prawdy bowiem dotyczące Boga i stosunku, w jakim człowiek do Boga pozostaje, wznoszą się wysoko ponad porządek rzeczy podpadających pod zmysły i wymagają od człowieka, który chce je w życie wprowadzić i wedle nich życie swoje urządzić, pewnego poświęcenia oraz zaparcia samego siebie. Umysł ludzki bowiem, gdy takie prawdy ma sobie przyswoić, doznaje przeszkód tak ze strony sprzeciwu zmysłów i wyobraźni, jak ze strony złych popędów, z pierworodnego grzechu pochodzących. I skutkiem tego dzieje się, że ludzie w tym zakresie poznania łatwo wmawiają w siebie, że jest fałszem mniej rzeczą nie udowodnioną to, czego nie mają znać za prawdę.

Z tych oto względów należy uznać, że objawienie Boże jest moralnie konieczne, aby nawet te prawdy religijne i moralne, które same przez się nie są rozumowi niedostępne, w obecnym położeniu rodzaju ludzkiego, mogły być poznane przez wszystkich łatwo, z zupełną pewnością i bez błędu.

  1. Rozum wobec religii objawionej

Co więcej, umysł ludzki może niekiedy doznawać trudności nawet w uznaniu wiarogodności katolickiej prawdy, mimo że tak liczne i tak dziwne znaki zewnętrzne koło niej rozmnożył Bóg, iż sam przyrodzony rozum może z nich na pewno udowodnić boski początek religii chrześcijańskiej. Człowiek bowiem pod wpływem, już to uprzedzeń, już to popędów i złej woli może się oprzeć i odmówić uznania, nie tylko jawnej oczywistości zewnętrznych znaków, ale i natchnieniom, którymi Bóg do dusz naszych przemawia.

II. FAŁSZYWE TEORIE WSPÓŁCZESNEJ WIEDZY

  1. Źródła błędów: Fałszywe uogólnianie ewolucji

Ktokolwiek przypatrzy się uważnie ludziom żyjącym poza owczarnią Chrystusową, łatwo zda sobie sprawę z głównych rozdroży myśli, na które weszło niemało uczonych. Są mianowicie najpierw tacy, którzy system tzw. ewolucji, nawet w dziedzinie nauk przyrodniczych dotąd niezbicie nie udowodniony, nieroztropnie i bez zastrzeżeń stosują do wytłumaczenia początku wszechrzeczy, przyjmując śmiało monistyczne i panteistyczne wymysły o świecie całym, nieustannej ewolucji podległym. Tą właśnie hipotezą posługują się chętnie zwolennicy komunizmu, aby skuteczniej rozszerzać i naprzód wysuwać swój dialektyczny materializm, który wszelką ideę Boga z umysłów całkowicie wyplenia.

  1. Egzystencjalizm

Fałszywe poglądy takiego ewolucjonizmu, odrzucającego wszelką absolutną, bezwzględnie stałą i nieodmienną prawdę, utorowały drogę nowej odmianie błędnej filozofii, która, idąc w zawody z idealizmem, immanentyzmem i pragmatyzmem, przybrała miano „egzystencjalizmu”, zaznaczając tym wyrazem, że wcale nie dba o niezmienną rzeczy istotę, a troszczy się tylko o samo poszczególnych rzeczy istnienie.

  1. Historycyzm

Kojarzy się ze wspomnianymi błędami rodzaj fałszywego „historycyzmu”, który, zwracając się wyłącznie do badania faktycznych kolei życia ludzkiego, i w dziedzinie filozofii i w dziedzinie dogmatycznych zasad chrześcijańskich podważa same podstawy, tak absolutnej prawdy, jak wszelkiego bezwzględnego prawa.

  1. Pewne rodzaje niezupełnych nawróceń

Wśród tak wielkiego zamętu poglądów i mniemań, nie bez pewnej pociechy widzimy, że znajdują się nierzadko umysły, które od zasad „racjonalizmu”, jakim dotąd hołdowały, pragną powrócić do źródeł objawionej przez Boga prawdy, uznając i wyznając, że podstawą świętej wiedzy jest słowo Boże w Piśmie świętym przechowane. Z przykrością jednak spostrzegamy, że wielu z tych ludzi, których tu mamy na myśli, aby zupełniej przylgnąć do słowa Bożego, należnych uprawnień rozumowi odmawia i tym zuchwalej lekceważy Nauczycielski Urząd Kościoła, któremu Bóg powierzył przechowywanie i wykład prawd objawionych, im bardziej usiłuje uwydatnić powagę objawiającego Boga. A tego rodzaju przekonania nie tylko sprzeciwiają się wyraźnej nauce Ksiąg świętych, ale okazują się błędem w świetle samego codziennego doświadczenia. Jakże często bowiem się zdarza, że ludzie żyjący w odszczepieństwie od prawdziwego Kościoła, głośno narzekać muszą na niezgodę, która w przedmiocie dogmatów wiary ich rozdziela, przez co, chociaż wbrew swojej woli, świadczą o potrzebie żywego Nauczycielskiego Urzędu.

III. ZGUBNY WPŁYW TYCH BŁĘDÓW NA PEWNE KATOLICKIE KOŁA

  1. Uczonym katolickim nie wolno błędów tych ignorować

Wymienionych zapatrywań, w mniejszym lub większym stopniu zbaczających z prostej drogi, nie wolno filozofom i teologom katolickim ani zapoznawać ani lekceważyć, na nich bowiem ciąży doniosły obowiązek strzeżenia i podawania ludziom i Boskiej i ludzkiej prawdy. Owszem, powinni oni starać się poznać do głębi te błędne mniemania, raz dlatego że nie można skutecznie leczyć chorób, póki ich się nie pozna, po wtóre dlatego że i w fałszywych naukach może tkwić jakieś ziarno prawdy, a wreszcie dlatego że poznanie błędów pobudza zazwyczaj umysły do pilniejszego roztrząśnięcia i zbadania prawd już to filozoficznych, już to teologicznych.

  1. Odchylenia od właściwej drogi

Gdyby uczeni katoliccy z ostrożnego badania wspomnianych błędnych nauk ten tylko, dopiero co wspomniany, owoc starali się odnieść, nie byłoby żadnego powodu, żeby Urząd Nauczycielski miał w tej sprawie głos zabierać. Ale, choć dobrze Nam wiadomo, że ogół katolickich uczonych od owych błędów z dala się trzyma, wiemy też, że nie brak takich, co dzisiaj tak, jak za apostolskich czasów, albo ze zbytniego zamiłowania nowości, albo z obawy, żeby nie uchodzić za ignorantów w przedmiocie zdobyczy współczesnej wiedzy, usiłują wyzwolić się spod kierownictwa Nauczycielskiego Urzędu i przez to popadają w niebezpieczeństwo, że mogą nieznacznie i sami od objawionej prawdy odstąpić i innych jeszcze za sobą do błędu pociągnąć.

  1. Tendencje fałszywego irenizmu

Co gorsza, inne jeszcze wychodzi na jaw niebezpieczeństwo, tym groźniejsze, że pod pozorem cnoty szuka ukrycia. Jest bowiem wielu takich, co opłakując rozterkę i zamęt umysłów, jakie w łonie rodzaju ludzkiego spostrzegają, pod wpływem nierozważnej gorliwości o dusz zbawienie, uniesieni zapałem, najgoręcej pragną obalić przegrody, rozdzielające wzajem od siebie zacnych i uczciwych ludzi. A oddawszy się raz na usługi takiego „irenizmu”, pomijając zagadnienia, które ludzi dzielą, starają się nie tylko łączyć siły wszystkich do walki z naporem ateizmu, ale i jednoczyć sprzeczności powstałe w dziedzinie dogmatów. I tak, jak byli niegdyś ludzie, co stawiali sobie pytania, czy tradycyjna apologetyka nie stanowi raczej przeszkody niż pomocy do pozyskania Chrystusowi umysłów, dochodzą dzisiaj niektórzy do tego zuchwalstwa, że na serio stawiają zagadnienie, czy teologia i taka jej metoda, jakiej się trzymają, z aprobatą Władz kościelnych katolickie szkoły, nie wymagają, nie już udoskonalenia, ale całkowitej reformy, by mogły skuteczniej szerzyć Królestwo Chrystusowe wśród mieszkańców całej ziemi, bez względu na ich kulturę czy religijne przekonania.

Gdyby ci ludzie do niczego innego nie dążyli, tylko do tego, by naukę kościelną i jej metodę, przez pewne dydaktyczne ulepszenia, lepiej dostosować do dzisiejszych warunków i potrzeb, nie byłoby prawie żadnego powodu do obaw. Niektórzy jednak z nich zapaleni nierozważnym „irenizmem”, zdają się upatrywać przeszkodę do wznowienia braterskiej jedności w tym, co wspiera się na prawach i zasadach przez Chrystusa ustanowionych i na założonych przez Niego instytucjach, albo w tym, co jest podporą i ochroną całokształtu wiary i bez czego, można wprawdzie doprowadzić przeciwieństwa do zgody, ale takiej, którą jednoczyć będzie wspólna ruina.

  1. Drogi szerzenia się błędów

Nowe te mniemania, czy pochodzą z niezdrowego zamiłowania nowości, czy z jakiejś chwalebnej intencji, nie zawsze bywają wyrażane w sposób równie skrajny, nie zawsze bywają podawane z jednakową jasnością i tymi samymi słowy i nie zawsze mają za sobą pełną jednomyślność swoich zwolenników. Co bowiem dzisiaj głoszą niektórzy, z dodatkiem rozmaitych zastrzeżeń i rozróżnień, w sposób bardziej ukryty, to jutro śmielsi przedstawiać będą jawnie i bez umiaru, na szkodę duchowną wielu, osobliwie młodszego duchowieństwa i nie bez uszczerbku kościelnej powagi. Jeżeli zaś w książkach zwykło się jeszcze zachowywać pewną ostrożność, występuje się śmielej w pismach komunikowanych prywatną drogą, oraz na wykładach i zebraniach. A poglądy te szerzą się nie tylko wśród świeckiego i zakonnego duchowieństwa oraz po seminariach i naukowych instytucjach kościelnych, ale przenikają i do świeckich, szczególnie tych, co poświęcają się nauczaniu młodzieży.

CZĘŚĆ PIERWSZA

I. NOWE TENDENCJE W TEOLOGII

  1. Zacieranie konturów sformułowań dogmatycznych

Co dotyczy teologii, niektórzy jej przedstawiciele do tego dążą, by jak najbardziej rozluźniając ścisłe znaczenie dogmatów, wyzwolić je spod więzów wyrażeń, od wieków w Kościele przyjętych i spod oprawy filozoficznych pojęć, nadanej im przez doktorów katolickich, a powrócić natomiast przy wykładzie nauki objawionej do sposobu mówienia Pisma świętego i Ojców Kościoła. Spodziewają się oni, że po dokonaniu tej odmiany, dogmat oczyszczony od pierwiastków, obcych, jak mówią, Bożemu objawieniu, z pożytkiem da się zestroić z dogmatycznymi poglądami ludzi, od jedności kościelnej odłączonych, by na tej drodze osiągnąć po trochu asymilację wzajemną katolickich dogmatów i innowierczych zapatrywań.

Ufają oni nadto, że po takim obrobieniu nauki katolickiej, otworzy się droga, na której, przy uwzględnieniu dzisiejszych potrzeb, będzie można wyrazić dogmat także za pomocą dzisiejszych filozoficznych pojęć, zapożyczonych, z „immanentyzmu”, z „idealizmu”, czy z „egzystencjalizmu”, lub z innego jakiegoś systemu. Niektórzy, śmielsi nowatorzy twierdzą, że tego rodzaju innowację dlatego także przeprowadzić i można i trzeba, że tajemnice wiary nigdy nie dadzą się wyrazić pojęciami całkowicie prawdziwymi, tylko w jakimś jak powiadają, „przybliżeniu”, którego właściwością jest, że pojęcia, jakimi ono się posługuje, pozostają zawsze zmienne, bo, choć w pewien sposób wyrażają prawdę, z innej strony są nieuniknionym jej zniekształceniem. Stąd też nie mają tego za niedorzeczność ale za rzeczywistą potrzebę, żeby teologia według tych różnych systemów filozoficznych, jakie w ciągu wieków za narzędzia swoje obiera, dawne pojęcia zastępowała nowymi, tak żeby w te różne, niekiedy wprost przeciwne sobie, ale równie skuteczne sposoby, te same Boże prawdy przyoblekała w ludzkie formy i kształty. Dodają wreszcie, że historia dogmatów właśnie na tym polega, żeby wykazywać, jakie kolejne formy przybierały objawione prawdy wedle tych przeróżnych nauk i mniemań, z którymi w ciągu wieków przychodziło im się zetknąć.

  1. Relatywizm dogmatyczny

Z tego cośmy powiedzieli, jest rzeczą zupełnie jasną, że wymienione tu dążności nie tylko do tzw. „relatywizmu” dogmatycznego prowadzą, ale go już rzeczywiście zawierają, jak na to wyraźnie wskazuje wzgarda dla tradycyjnej nauki i dla sposobów mówienia, jakimi ona myśli swoje wyraża. Nikomu nie tajno, że te wyrażenia, tak w szkołach kościelnych, jak i przez Urząd Nauczycielski używane, mogą podlegać udoskonaleniu i usprawnieniu, oraz że Kościół nie zawsze używał tych samych i od razu sprecyzowanych słów. Z drugiej strony wszakże jest rzeczą oczywistą, że Kościół nie może się wiązać z pierwszym lepszym, efemeryczne istnienie mającym, filozoficznym systemem i że istotnie to, co przez szereg wieków zgodnym wysiłkiem, dla pewnego uprzystępnienia dogmatu, zbudowali doktorowie katoliccy, nie opiera się na tak kruchych podstawach. Dźwiga się bowiem ten gmach katolickiej wiedzy na zasadach i pojęciach zdobytych przez prawdziwe poznanie rzeczy stworzonych, a nadto przy całej tej pracy tworzenia jednolitego systemu myśli, jak gwiazda przyświecała przez Kościół umysłom ludzkim prawda objawiona przez Boga. Nic więc dziwnego, że niektóre z tych pojęć filozoficznych, nie tylko użyte, ale sankcjonowane zostały przez powszechne sobory, tak że odstępować od nich żadną miarą się nie godzi.

  1. Ryzyko zniweczenia dogmatu i teologii

Jest to więc największa nierozwaga lekceważyć, odrzucać czy też od właściwej wartości odsądzać to, co pracą kilku wieków, przez ludzi niepospolicie zdolnych i świętych, pod czujnym okiem Nauczycielskiego Urzędu i nie bez światła i kierownictwa Ducha Świętego, przemyślane, wyrażone i starannie obrobione zostało dla coraz dokładniejszego oddania treści prawd wiary – aby w miejsce tego wstawiać dorywczo chwycone pojęcia, jakieś zmienne, nieokreślone wypowiedzi nowej filozofii, które jak kwiat polny dziś żyją a jutro opadną. Takim sposobem nie tylko teologia, ale sam dogmat staje się trzciną, którą wiatr porusza. Pogarda zaś dla słów i pojęć, jakimi posługiwać się zwykli teologowie Szkoły, z natury rzeczy prowadzi do ruiny teologii tzw. spekulatywnej, której, ponieważ opiera się na teologicznych rozumowaniach, odmawiają charakteru istotnej pewności.

II. ZAPOZNANIE WŁAŚCIWEJ ROLI NAUCZYCIELSKIEGO URZĘDU KOŚCIOŁA

  1. Fałszywe pojęcia o zależności w rzeczach wiary

Zwolennicy nowości łatwo niestety od wzgardy teologii scholastycznej posuwają się do lekceważenia albo i do uczuć pogardy dla tego kościelnego Nauczycielstwa, które ową teologię powagą swoją tak stanowczo podtrzymuje. Ten Urząd Nauczycielski lubią oni przedstawiać jako hamulec postępu i zaporę na drodze wiedzy, zbliżając się w tej mierze do tych akatolików, którzy na doktrynalną zależność patrzą już jako na krzywdzące wędzidło, powściągające wybitniejszych teologów od dzieła odnowy nauki religijnej. A chociażby święty ten Urząd Nauczycielski w dziedzinie wiary i obyczajów, dla wszystkich teologów powinien być najbliższą i powszechną regułą prawdy – jemu bowiem powierzył Chrystus cały depozyt wiary, tj. Pismo święte i Bożą tradycję, by tego depozytu strzegł, by go bronił i w miarę potrzeby wykładał to jednak niekiedy tak zapoznany bywa, jak gdyby w ogóle nie istniał ciążący na wszystkich wiernych obowiązek unikania i tych także błędów, które mniej lub więcej pod herezję podchodzą, i konsekwentnie zachowywania konstytucji i dekretów, którymi Stolica święta mniemania te piętnuje i trzymać się ich zabrania. To co encykliki papieskie wykładają o naturze i ustroju Kościoła, przez niektórych ludzi bywa z umysłu pomijane, a to w tym celu, żeby mogła się utrwalić pewna mglista i nieokreślona idea Kościoła, zaczerpnięta, jak mówią, z dawnych Ojców, przede wszystkim greckich. Trzymają się oni bowiem takiego zdania, że Papieże nie zwykli rozstrzygać zagadnień, które wśród teologów są przedmiotem dyskusji, i że dlatego zwracać się trzeba do najstarszych źródeł, by po ich myśli wykładać świeże konstytucje i dekrety Nauczycielskiego Urzędu. Być może, że takie zasady wyglądają uczenie, kryją jednak w sobie coś podstępnego. Jakkolwiek bowiem jest prawdą, że Papieże na ogół pozostawiają teologom swobodę co do kwestii dyskutowanych wśród wybitniejszych doktorów, sama historia wskazuje, że wiele rzeczy, o których wolno było niegdyś swobodnie rozprawiać, z biegiem czasu przeszło do tej kategorii prawd, która żadnej już różnicy zdań nie dopuszcza.

  1. Powaga doktrynalna encyklik papieskich

Nie trzeba też sądzić, że pouczenia w encyklikach zawarte nie wymagają same przez się wewnętrznego poddania dlatego tylko, że papieże nie występują co do nich z najwyższą nauczycielską powagą. Albowiem i te rzeczy są przedmiotem tego zwyczajnego Nauczycielstwa, do którego także odnoszą się słowa: „Kto was słucha, mnie słucha”, a nadto, co w encyklikach wykłada się i z naciskiem podkreśla, to zazwyczaj już skądinąd do nauki katolickiej należy. Jeżeli zaś najwyżsi Pasterze w dokumentach swoich o jakiejś kwestii, dotychczas dyskutowanej, dają rozstrzygające wyjaśnienie, dla wszystkich staje się jasnym, że w myśl i wedle woli papieży, nie wolno już uważać tej kwestii za rzecz podlegającą swobodnej dyskusji teologów.

  1. Właściwy sposób badania źródeł

Jest i to prawdą, że teologowie powinni zawsze sięgać do źródeł Bożego objawienia, do nich bowiem należy wykazywać, w jaki sposób, czy to formalnie i jasno, czy pod osłoną innych wypowiedzi lub faktów, znajduje się w Piśmie świętym lub w Boskiej tradycji to, co żywy Urząd Nauczycielski do wierzenia podaje. A nadto, w obu tych źródłach nauki objawionej kryją się tak przebogate skarby prawdy, że wyczerpać ich do dna nikt nie zdoła. Dzięki temu, zwrot do źródeł, nauki święte zawsze odmładza, podczas gdy przeciwnie czysta spekulacja, jeśli przestaje wgłębiać się w depozyt wiary, popada, jak doświadczenie poucza, w starczą bezpłodność. Stąd wynika, że i tzw. pozytywna teologia nie może być zaliczana do rzędu nauk czysto historycznych. Dając bowiem Kościołowi swojemu święte źródła wiary, dał mu Bóg zarazem żywy Urząd Nauczycielski, który to, co w depozycie zawiera się mniej jasno i jakby w zawiązku, ma dokładniej wyjaśnić i rozwijać. Prawa więc autentycznej i miarodajnej interpretacji depozytu wiary nie udzielił Boski Zbawiciel ani poszczególnym wiernym ani samym nawet teologom, tylko Urzędowi kościelnego Nauczycielstwa. Skoro zaś Kościół, jak to przez wieki nieraz miewało miejsce, ową funkcję wyjaśniania depozytu, już to drogą zwyczajnego nauczania, już to z osobliwą uroczystością sprawuje, najoczywiściej fałszywą jest metoda, która rzeczy jasne usiłuje przez rzeczy niejasne tłumaczyć. Wszyscy więc powinni trzymać się w tej sprawie odwrotnego porządku, tzn. to, co ciemne, przez to, co jasne oświetlać. Dlatego to poprzednik Nasz, błog. pamięci Pius IX, gdy stwierdził, że na tym polega najszczytniejsze zadanie teologii, by wskazywała, jak zawiera się w źródłach nauka, którą Kościół do wierzenia podaje, nie bez ważnego powodu dodał, że należy w depozycie wiary odszukać tę naukę „w tym samym sensie, w jakim Kościół ją określił”.

III. BŁĘDY W WYKŁADZIE PISMA ŚWIĘTEGO

  1. Niewłaściwe pojmowanie bezbłędności ksiąg świętych

Wracając do tych nowych mniemań, o jakich mówiliśmy poprzednio, zauważyć musimy, że u pewnych autorów z wielu poglądami spotkać się można, które niestety udzielają się i innym umysłom, a Boskiej powadze Pisma świętego przynoszą uszczerbek. Są bowiem tacy, co przekręcając zuchwale definicję Watykańskiego Soboru o Bogu, jako właściwym autorze ksiąg świętych, wznawiają zdanie, kilkakrotnie już potępione, jakoby Pismo święte w tym tylko nie mogło zawierać błędu, co wypowiada o Bogu albo o rzeczach, moralności i religii dotyczących. Co więcej, całkiem opacznie mówią o jakimś ludzkim sensie ksiąg świętych, pod którym miałby być ukryty, jako wyłączny podmiot bezbłędności, inny sens, Boży. W wykładzie Pisma świętego nie widzą żadnej potrzeby liczenia się z analogią wiary i tradycją kościelną. Uważają więc, że nie Pismo święte powinno być wykładane w myśl Kościoła, ustanowionego przez Chrystusa stróżem i tłumaczem całego depozytu objawionej przez Boga prawdy, ale że odwrotnie, tak naukę Ojców, jak Nauczycielskiego Urzędu, roztrząsać i oceniać należy wedle tego znaczenia Pisma, jakie egzegeci samym światłem przyrodzonego rozumu w nim odkryją.

  1. Fałszywe metody egzegetyczne

Nie poprzestając na tym, uważają ci twórcy nowych a bezpodstawnych teorii, że literalny sens i wykład Pisma świętego tak starannie, pod czujnym okiem Kościoła, opracowany przez bardzo wielu wybitnych egzegetów, powinien ustąpić miejsca nowej egzegezie, której dają miano symbolicznego i duchownego tłumaczenia. Przez taką egzegezę mają nadzieję to osiągnąć, że Pismo święte starego testamentu, które rzekomo po dziś dzień jest w Kościele źródłem zamkniętym i skarbem ukrytym, nareszcie dla wszystkich się otworzy. Zaręczają oni przy tym, że pod takim tłumaczeniem rozwieją się wszystkie te trudności, które zwolennikom literalnego sensu Pisma tyle sprawiają kłopotu.

Nikomu chyba nie tajno, Jak dalece to wszystko sprzeciwia się zasadom i normom hermeneutyki, dokładnie określonym przez Poprzedników naszych, śp. Leona XIII w encyklice Providentissimus Deus, przez Benedykta XV w encyklice Spiritus Paraclitus, a wreszcie przez Nas samych w encyklice Divino afflante Spiritu.

IV. POSZCZEGÓLNE BŁĘDY TEOLOGICZNE

  1. Odnośnie do poznania Boga i stworzenia świata

Nie można dziwić się temu, że takie, jakie powyżej wskazaliśmy, nowości we wszystkich prawie działach teologii wydały już swoje zatrute owoce. Podaje się w wątpliwość czy rozum ludzki, bez pomocy Bożego objawienia i łaski, przez dowody z rzeczy stworzonych zaczerpnięte, może ściśle wykazać istnienie osobowego Boga. Nie uznaje się faktu, że świat miał początek, twierdzi się, że stworzenie świata, będąc wypływem najhojniejszej miłości Bożej, tak samo było konieczne, jak koniecznością była ta miłość, od natury Bożej nieodłączna. Odmawia się również Bogu odwiecznego i nieomylnego przewidzenia czynów ludzkich, od wyboru wolnej ich woli zależnych. A to wszystko sprzeciwia się orzeczeniom Soboru Watykańskiego.

  1. Odnośnie do innych rzeczywistości nadprzyrodzonego świata

Są tacy, co stawiają sobie pytania, czy Aniołowie są stworzeniami posiadającymi własną osobowość, oraz czy materia jest czymś, z istoty swojej różnym od ducha. Inni podważają prawdę głoszącą, że porządek nadprzyrodzony, nie z konieczności, lecz z łaski dany nam został. Sądzą bowiem, że Bóg nie może stworzyć rozumnych istot, których by nie przeznaczył i nie powołał do uszczęśliwiającego widzenia w niebie. I nie dość na tym. Nie licząc się bowiem z orzeczeniami Soboru Trydenckiego, burzą właściwe pojęcie pierworodnego a zarazem i w ogóle wziętego grzechu, jako obrazy Bożej, zniekształcając przy tym ideę Chrystusowego za nas zadośćuczynienia. Nie brak wreszcie takich, co dowodzą, że nauka o przeistoczeniu, jako oparta na przestarzałym filozoficznym pojęciu substancji, powinna ulec takiemu sprostowaniu, żeby rzeczywista obecność Chrystusa w Eucharystii zeszła na pewien rodzaj symbolizmu, to znaczy, żeby konsekrowane hostie uważane były tylko za skuteczne znaki duchowej obecności Chrystusa i Jego ścisłego połączenia z wiernymi członkami w Mistycznym Ciele.

  1. Odnośnie do Kościoła

Niektórzy sądzą, że nie obowiązuje ich nauka, jaką kilka lat temu, w oparciu o źródła objawienia, wyłożyliśmy w encyklice naszej, że mianowicie Mistyczne Ciało Chrystusowe i Rzymsko Katolicki Kościół są jednym i tym samym. Inni sprowadzają do czczej formuły konieczność przynależenia do prawdziwego Kościoła, aby można zbawienie osiągnąć. Inni jeszcze krzywdę wyrządzają chrześcijańskiej wierze, nie chcąc uznać rozumnej wiarogodności prawd objawionych.

Wiadomo Nam, że te i inne im podobne błędy, krążą wśród niektórych z naszych synów, zwiedzionych już to nierozważną gorliwością o dusz zbawienie, już to fałszywymi pozorami wiedzy. Ze smutkiem w duszy zmuszeni jesteśmy tym wszystkim przypomnieć elementarne prawdy i wykazać im nie bez żywej troski, czy to jawne błędy czy poważne błędów niebezpieczeństwa.

CZĘŚĆ DRUGA

BŁĘDY W DZIEDZINIE FILOZOFII

I. PRZYRODZONY ROZUM I PODSTAWOWE ZASADY FILOZOFII

  1. Stanowisko Kościoła wobec filozofii tradycyjnej

Powszechnie wiadomo, jak bardzo ceni sobie Kościół rozum ludzki i jakie przyznaje mu zdolności poznawcze. Rozum z zupełną pewnością udowadnia istnienie jedynego, osobowego Boga; oparty o Boskie znaki, stwierdza niezbicie siłę podstaw chrześcijańskiej wiary; wiernie i we właściwy sposób wyraża treść tego prawa, które Bóg wyrył na sercu człowieczym; po przyjęciu wreszcie objawienia, zdobywa sobie niejakie, ale bardzo owocne zrozumienie podanych sobie z nieba tajemnic. Te zadania swoje wszakże tylko wtedy potrafi rozum należycie i bezpiecznie wypełnić, gdy otrzyma odpowiednie wyrobienie, to znaczy gdy wdrożony zostanie w tę zdrową filozofię, która będąc niejako dziedzictwem, przekazanym przez dawne chrześcijańskie wieki, całkiem osobliwą i wyższą nad zwykłe miary cieszy się powagą. Główne bowiem zasady i twierdzenia tej filozofii, przez genialnych ludzi z biegiem czasu odkryte i określone, Nauczycielski Urząd Kościoła w świetle Boskiego objawienia wypróbował, przyjął i za swoje uznał. Otóż cechą tej filozofii jest, że szczerze i prawdziwie trzyma się i broni obiektywnej siły poznania rozumu ludzkiego, że przyjmuje niezachwianie metafizyczne zasady – racji dostatecznej przyczynowości i celowości – wreszcie że uznaje możliwość osiągnięcia pewnej i nieodmiennej prawdy.

  1. Nienaruszalne pewniki filozofii tradycyjnej

W tę filozofię wchodzi wiele zagadnień i twierdzeń, które ani wprost ani ubocznie nie są związane z nauką wiary i obyczajów, i dlatego pozostawia je Kościół swobodnej dyskusji ludzi kompetentnych. Ale co do wielu innych rzeczy, zwłaszcza co do podstawowych zasad i głównych pewników, o jakich wspomnieliśmy powyżej, nie przysługuje już ta sama swoboda. Bo chociaż i w takich zasadniczych rzeczach wolno jest przystrajać tę filozofię w piękniejszą i odpowiedniejszą szatę, wzmacniać ją trafniejszym i skuteczniejszym sposobem wykładu; wolno też pewne, mniej stosowne pomoce szkolne z niej usuwać a wzbogacać ją natomiast niektórymi, starannie dobranymi zdobyczami nowożytnej wiedzy – nigdy jednak nie wolno jej podważać ani fałszywymi zasadami kazić, ani, tym mniej, uważać jej za wielki wprawdzie, ale przestarzały już pomnik dawnych czasów. Gdyż ani sama prawda ani jej filozoficzne ujęcie, nie mogą z dnia na dzień ulegać zmianie, zwłaszcza kiedy chodzi o pierwsze, same przez się oczywiste rozumowe zasady, albo o pewniki, które bądź to w mądrości wieków, bądź, nawet w harmonijnym przystawaniu do objawienia, mają poważne oparcie. Żadna cząstka prawdy, którą umysł ludzki szczerym badaniem odkryć zdoła, nie może, rzecz jasna, zdobytej poprzednio prawdzie się sprzeciwiać, albowiem najwyższa Prawda, Bóg, nie na to stworzył rozum ludzki i nim kieruje, żeby wiadomościom należycie zdobytym coraz to nowe i odmienne przeciwstawiał, ale na to, żeby usuwając, jeśli przypadkiem się wkradły, pomyłki i błędy, do prawdy prawdę dodawał, w tym samym porządku i w tej harmonijnej zwartości, jaka przejawia się w naturze rzeczy, która jest dla nas prawdy źródłem. Niechaj więc i filozof i teolog chrześcijański nie przyjmuje pośpiesznie i lekkomyślnie każdego, z dnia na dzień, nowego wymysłu, ale niech najstaranniej wszystko to waży i bezstronnemu sądowi rozumu poddaje, aby przypadkiem, już zdobytej prawdy nie utracił ani nie skaził, z dużym zaiste niebezpieczeństwem albo i szkodą samej nawet wiary.

II. POSZANOWANIE FILOZOFII SCHOLASTYCZNEJ

  1. Powaga św. Tomasza z Akwinu

Kto to wszystko dobrze rozważy, łatwo zrozumie, dlaczego Kościół wymaga, aby przyszli kapłani otrzymywali wykształcenie filozoficzne „wedle metody, nauki i zasad Anielskiego Doktora”. Jest bowiem rzeczą doświadczeniem kilku wieków stwierdzoną, że metoda i sposób rozumowania św. Tomasza osobliwą posiada skuteczność, tak dla kształcenia początkujących, jak dla wprowadzenia umysłów w najgłębsze prawdy. Nauka zaś jego z objawieniem Bożym w najpełniejszej jest harmonii i równie dobrze dopomaga do zabezpieczenia podstaw wiary, jak i dla zebrania pożytecznie i bezpiecznie owoców ze zdrowego postępu.

  1. Zarzuty stawiane filozofii tradycyjnej

Jest to więc rzecz bardzo opłakania godna, że filozofia w Kościele przyjęta i uznana jest dziś dla niektórych przedmiotem pogardy i że zuchwale oskarża się ją, że jest przestarzała co do formy a racjonalistyczna w swoim procesie myśli. Powiadają oni, że ta filozofia nasza myli się twierdząc, iż może istnieć metafizyka bezwzględnie prawdziwa, gdyż przeciwnie, wedle ich zdania, przedmioty, zwłaszcza nadzmysłowe, nie dają się lepiej wyrazić, jak przez teorie rozbieżne, które, choć pod pewnym względem są sobie przeciwne, pod innym względem dopełniają się wzajemnie. Przyznają więc, że filozofia, wykładana w naszych szkołach, z dokładnym określeniem istoty zagadnień i z zupełną jasnością rozwiązań, z ścisłym ustaleniem pojęć i wprowadzeniem precyzyjnych rozróżnień, jest może pożyteczną jako wdrożenie do teologii scholastycznej, jak była zresztą doskonale dostosowana do umysłów średniowiecznych – nie uczy nas jednak, tak twierdzą, tego sposobu filozoficznych dociekań, jakiego dzisiejsza kultura i obecna potrzeba wymaga. Podnoszą dalej ten zarzut, że filozofia wieczysta obraca się tylko w sferze abstrakcyjnych, niezmiennych istot czyli idei rzeczy, podczas gdy umysły współczesne zwracają się z konieczności przede wszystkim do istnienia rzeczy poszczególnych i do płynącego ustawicznie strumienia życia. W tej samej mierze zaś, w jakiej do filozofii katolickiej odnoszą się z wyraźną pogardą, wielkie oddają pochwały innym, starożytnym czy nowoczesnym, wschodnim czy zachodnim systemom myśli, zdając się przez to insynuować, że każda filozofia i każde mniemanie z pewnymi, w miarę potrzeby, poprawkami lub dodatkami, może wejść w harmonię z katolicką wiarą. A że to jest zupełnym fałszem, osobliwie gdy chodzi o takie wymysły, jak „immanentyzm”, „idealizm”, „materializm” czy to dialektyczny czy historyczny, jak wreszcie „egzystencjalizm” bądź to ateistyczny, bądź odmawiający siły metafizycznym rozumowaniom – co do tego nie może być dla katolika żadnych wątpliwości.

  1. Zarzut przesadnego intelektualizmu

Na koniec to mają za złe filozofii podawanej w naszych szkołach, że w procesie poznania wyłącznie rozum ma na oku, z pominięciem zadań woli i uczuć. Zarzut ten bynajmniej nie jest prawdziwy. Nigdy bowiem filozofia chrześcijańska nie przeczyła, że dobre nastawienie wszystkich władz duszy jest bardzo pożyteczne i skuteczne, tak dla pełniejszego poznania, jak dla wprowadzenia w życie prawd religijnych i moralnych. I owszem nauczała zawsze, że brak tych dobrych usposobień może być przyczyną, dlaczego złe skłonności i spaczenie woli tak zaślepiają rozum, iż przestaje on widzieć rzeczy w obiektywnym świetle. A nawet, zdaniem Powszechnego Doktora, wyższe dobra moralne przyrodzonego czy nadprzyrodzonego porządku, o tyle może umysł w pewien sposób pojąć, o ile doświadcza w duszy uczuciowego z tymi dobrami powinowactwa, albo już z samej natury, albo pod wpływem łaski. Już zaś jest oczywiste, jak dalece takie, chociaż przyćmione poznanie, może wspomagać pracę rozumowych dociekań. Ale jest to co innego, przyznawać uczuciowym skłonnościom możność wspomagania rozumu w zdobyciu pewniejszych i silniejszych moralnych pojęć, a co innego, co uśmiecha się nowatorom, przypisywać woli i uczuciu rodzaj takiej intuicji, żeby, kiedy umysł za pomocą rozumowania nie może na pewno rozeznać co jest prawdą, uciekać się należało do woli, aby przez swobodny wybór, wśród przeciwnych poglądów znalazła właściwą drogę. Ale nie jest to nic innego jak bezładne pomieszanie funkcji poznania z aktem woli.

  1. Niebezpieczeństwo dla teologii naturalnej i etyki

Nie można się dziwić, że nowe to mniemania poważnie zagrażają dwom gałęziom filozofii, które z natury swojej blisko stykają się z nauką wiary, mianowicie teologii naturalnej i etyce. Uważają bowiem, że zadanie tych nauk nie na tym polega, żeby rozumowaniem dochodzić do jakichś pewnych poznań dotyczących Boga lub innych nadzmysłowych rzeczywistości, ale na tym tylko, żeby wykazywać jak doskonale nauka wiary o osobowym Bogu i Jego przykazaniach  odpowiada potrzebom życia i stąd wyprowadzać wniosek, że należy ją przyjąć tak dla zagrodzenia drogi rozpaczy, jak dla osiągnięcia wiecznego zbawienia. Wszystko to sprzeciwia się wyraźnie orzeczeniom Poprzedników naszych Leona XIII i Piusa X i nie da się pogodzić z dekretami Watykańskiego Soboru.

Nie byłoby potrzeby opłakiwać tych odstępstw od prawdy, gdyby wszyscy, także na polu filozofii, odnosili się z należytym uszanowaniem do wskazań Nauczycielskiego Urzędu. On bowiem, na mocy ustanowienia Bożego, nie tylko ma władzę i obowiązek strzeżenia i wyjaśniania depozytu objawionej prawdy, ale ma czuwać i nad filozoficznymi naukami, by fałszywe w ich dziedzinie mniemania nie przyniosły szkody katolickim dogmatom.

CZĘŚĆ TRZECIA

WIARA A NAUKI POZYTYWNE

I. BIOLOGIA, ANTROPOLOGIA, EWOLUCJONIZM I POLIGENIZM

  1. Właściwe w tym przedmiocie stanowisko

Trzeba nam wreszcie coś powiedzieć o zagadnieniach, które jakkolwiek należą do zakresu tzw. pozytywnych nauk, mają jednak pewne, mniej lub więcej ścisłe związki z prawdami chrześcijańskiej wiary. Z różnych stron dają się słyszeć natarczywe żądania, by religia katolicka brała te nauki w poważną rachubę. Żądanie to jest oczywiście godne pochwały, gdy chodzi jedynie o fakty rzeczywiście udowodnione. Gdzie jednak w grę wchodzą hipotezy, choćby były w pewnej mierze naukowo uzasadnione, jeśli jednak dotykają one nauki w Piśmie świętym albo w tradycji zawartej, wskazana jest wielka ostrożność. A gdyby takie przypuszczenia czy domniemania istotnie sprzeciwiały się, wprost czy ubocznie, nauce przez Boga objawionej, byłyby absolutnie nie do przyjęcia.

  1. Ewolucjonizm antropologiczny

Nie zakazuje więc kościelny Nauczycielski Urząd, by teoria ewolucjonizmu, o ile bada, czy ciało pierwszego człowieka powstało z istniejącej poprzednio, żywej materii – że bowiem dusze stwarzane są bezpośrednio przez Boga, tego niewątpliwie uczy nas katolicka wiara – stała się przedmiotem dociekań i dyskusji uczonych obydwu obozów, zgodnie z obecnym stanem nauk ludzkich i świętej teologicznej wiedzy. Te dyskusje jednak powinny być tak prowadzone, żeby racje obydwu stron, tak zwolenników jak przeciwników ewolucjonizmu roztrząsane były i oceniane poważnie, z miarą i umiarkowanie, a nadto, żeby obie strony gotowe były poddać się sądowi Kościoła, któremu Chrystus zlecił obowiązek, zarówno autentycznego wykładania Pisma, jak strzeżenia dogmatów wiary. Są jednak tacy, co niestety tej swobody dyskusji nierozważnie i zbyt śmiało nadużywają, przemawiając takim tonem, jakby dotychczasowe odkrycia i oparte na nich rozumowania dawały już zupełną pewność, że ciało ludzkie w swym pierwszym początku wyszło z istniejącej uprzednio i żywej materii, i jakby źródła Bożego objawienia niczego nie zawierały, co w tej zwłaszcza kwestii jak największej domaga się ostrożności i umiarkowania.

  1. Poligenizm

Co się zaś tyczy natomiast hipotezy, tzw. poligenizmu, synom Kościoła wspomniana wyżej swoboda bynajmniej już nie przysługuje. Nie wolno bowiem wiernym Chrystusowym trzymać się takiej teorii, w myśl której przyjąć by trzeba albo to, że po Adamie żyli na ziemi prawdziwi ludzie nie pochodzący od niego, drogą naturalnego rodzenia, jako od wspólnego wszystkim przodka, albo to, że nazwa „Adam” nie oznacza jednostkowego człowieka ale jakąś nieokreśloną wielość praojców. Już zaś zupełnie nie widać jakby można było podobne zdanie pogodzić z tym, co źródła objawionej prawdy i orzeczenia kościelnego Nauczycielstwa stwierdzają o grzechu pierworodnym, jako pochodzącym z rzeczywistego upadku jednego Adama i udzielającym się przez rodzenie wszystkim ludziom, tak iż staje się on grzechem własnym każdego z nich.

II. NAUKI HISTORYCZNE: JEDENAŚCIE PIERWSZYCH ROZDZIAŁÓW KSIĘGI RODZAJU

Jak w biologii i antropologii, tak też i w historii śmiało przekraczają niektórzy granice i przepisy ostrożności, przez Kościół ustanowione. Osobliwie jednak opłakiwać trzeba zbyt wielką swobodę praktykowaną w wykładzie ksiąg historycznych starego testamentu, przy czym zwolennicy tej swobody powołują się niesłusznie w swej obronie na list, skierowany niedawno przez Papieską Komisję Biblijną do Arcybiskupa Paryża. List ten bowiem wyraźnie stwierdza, że jedenaście pierwszych rozdziałów Księgi Rodzaju, choć styl i sposób ich historycznego ujęcia nie odpowiada ściśle metodzie, jaką posługiwali się wielcy pisarze greccy lub łacińscy i jaką dziś jeszcze posługują się uczeni naszych czasów, mimo to w pewnym prawdziwym sensie są historią. W jakim zaś sensie charakter historii im przysługuje, to, na podstawie głębszych studiów, egzegeci powinni starać się określić. Te bowiem rozdziały, w prostej i obrazowej mowie, dostosowanej do pojęć niewykształconego ludu, podają i zasadnicze prawdy, na których opierają się wysiłki nasze podejmowane dla zdobycia wiekuistego zbawienia, i popularny opis początków rodzaju ludzkiego oraz wybranego ludu. Jeżeli zaś natchnieni pisarze to i owo zaczerpnęli z ludowych opowieści (co przyjąć wolno), nie można nigdy zapomnieć, że przy tego rodzaju postępowaniu wspomagało ich natchnienie Boże, zabezpieczające ich w wyborze i ocenie dokumentów od wszelkiego błędu.

Co zaś przeszło do ksiąg świętych z ludowych opowieści, tego żadną miarą nie można zestawiać z mitologicznymi albo innymi podobnymi opowieściami. O ile bowiem w tych ostatnich gra rolę raczej wybujała wyobraźnia, o tyle w Księgach świętych, także starego testamentu, tak jasno występuje dążność do prostoty i prawdy, że naszym autorom natchnionym nie podobna nie przyznać jawnej wyższości nad świeckimi pisarzami starożytności.

Zakończenie

Wiadomo nam wprawdzie, że większość katolickich uczonych, którzy owocami swych studiów zasilają czy to wyższe zakłady naukowe czy seminaria i kolegia zakonne, daleka jest od tych błędów, jakie bądź to z zamiłowania nowości, bądź z nieumiarkowanej apostolskiej gorliwości, jawnie lub po kryjomu dziś się rozchodzą. Ale i to wiemy, że tego rodzaju nowe mniemania mogą nęcić do siebie nieostrożnych. Dlatego wolimy raczej przeciwstawić się początkom, niż szukać potem lekarstwa na zastarzałą już chorobę.

W tej myśli, po dojrzałej przed Bogiem rozwadze, nie chcąc się sprzeniewierzyć świętym zobowiązaniom Naszego Urzędu, tak Biskupom jak Zwierzchnikom zgromadzeń zakonnych, pod najcięższym obowiązkiem sumienia, nakazujemy, żeby jak najpilniej czuwali nad tym, by tego rodzaju poglądy nie były głoszone w szkołach, na zebraniach, ani publikowane w jakichkolwiek pismach ani też żadnym sposobem podawane duchowieństwu i wiernym Chrystusowym.

Ci, co nauczają w kościelnych naukowych zakładach, niech będą świadomi, że powierzonych sobie obowiązków z czystym sumieniem spełniać nie mogą, jeżeli podanych przez nas zasad z religijną uległością nie przyjmą i przy nauczaniu młodzieży, z całą ścisłością przestrzegać nie będą. To samo zaś należne uszanowanie i posłuszeństwo, którego sami w twardej swojej pracy dawać winni dowody, niech starają się wszczepiać w umysły i serca uczniów.

Niech przykładają się do tego z całym zapałem, żeby nauki, jakie podają do najpełniejszego rozwoju doprowadzić, ale niech przy tym uważają, by nie przekraczali granic, jakie zakreśliliśmy dla obrony wiary i nauki katolickiej.

Nowe zagadnienia, które dzisiaj kultura i nowożytny postęp na jaw wydobyły, niech starają się jak najlepiej badać i roztrząsać, ale zawsze z należną rozwagą i ostrożnością. Niech wreszcie nie sądzą, że hołdując fałszywemu „irenizmowi”, odszczepionych i błądzących do łona Kościoła doprowadzić zdołają, jeśli im szczerze nie podadzą całej prawdy, którą Kościół żyje, bez żadnych zniekształceń i uszczerbków.

Na tej nadziei się opierając, którą potęguje wasza gorliwość, jako zadatek darów niebieskich i dowód Naszej Ojcowskiej przychylności, udzielamy z całego serca, Wam wszystkim, Czcigodni Bracia, jak również Waszemu klerowi i ludowi błogosławieństwa apostolskiego.

Dan w Rzymie u św. Piotra dnia 12 sierpnia 1950 r.

PIUS XII

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s